Covidowa meliska

2020. Kto by pomyślał, hm? Styczeń, luty przelecieliśmy, że aż miło, aż tu marzec i aż chciałoby się użyć brzydkich słów. 🙂 Praca zdalna, nauczanie zdalne, relacje zdalne, przyjaźnie zdalne. Zakupki zdalne – wiadomo. Kurier – najlepszy przyjaciel, nie opuści Cię nawet w biedzie. Czy tam Covidzie.

Z kim bym nie rozmawiała, u każdego jakaś sfera życiowego ZEN ucierpiała. A to praca, a to związek, a to nagle okazało się, że dzieci to wcielone diabły, albo człowiek nagle ze sobą wytrzymać nie może, bo pozbawiony tych codziennych relacyjnych rozpraszaczy jak pięć kawek w pracy i 6 ważnych conf calli. Nagle okazało się, że większość z nas musi przeorganizować swoje otoczenie, właściwie nawet niektóre tematy poznać od podszewki i zaplanować na nowo. No bo jak to tak? Nagle mąż siedzi na przeciwko 8h w ciągu dnia, też na swoim home office. Wypadałoby chociaż uderzyć w jakiś small talk 🙂 a tu czasem cisza… Ale czy to źle? Zupełnie nie. Zależy jak do tego podejdziemy. Jeśli damy sobie czas i przestrzeń by na nowo zorganizować codzienną rutynę – będzie dobrze. Gorzej jeśli ta rutyna staje się polem bitwy dla dwóch niezależnych osobowości, które nagle nijak nie mogą się dogadać. Wdech wydech…oba scenariusze są dobre. W pierwszym po prostu zmieni się plan dnia, co za kilka miesięcy będziecie wspominać z rozrzewnieniem. W drugim przypadku..no cóż. Lepiej teraz, niż później – prawda?

Co do tych naszych cudownych bombelków. Piszę to z przekorą, ponieważ sama przygotowując ten tekst wstawałam już 5 razy, by ratować dom przed inwazją syrenek, tudzież napełnić dziecięce brzuchy kolejną przekąską, ugasić pragnienie TU i TERAZ. Jakby ta szklanka wody miała uratować świat. O czym to ja pisałam? Aha tak. Dzieci 24h/7 w domu. Jedni mają z tym problem, drudzy – też mają z tym problem. Nie znam rodzica, który powiedziałby, że taka drastyczna zmiana jest OK. Na nic argumenty „przecież chcieliście dzieci, to powinniście umieć spędzać z nimi czas”. No pewnie, że tak! Chciałam dzieci, to mam i umiem z nimi spędzać czas, co nie znaczy, że to mój nadrzędny cel w życiu i nie chciałabym urwać z tego dnia chociaż chwili dla siebie. Ale traktuję to jako tymczasowy, przejściowy stan. Dzieci, niezależnie od covida, czy innych kataklizmów – chorują. I żadna pandemia nie robi na nich wrażenia. Może po prostu taka choroba szybciej się kończy. Ale to minie. A Ty – mamo, tato – robisz to dobrze. Może nie jesteś ideałem, może włączysz dziecku bajki czy dasz ciastka, żeby w spokoju wypić gorącą herbatę. Wróć. W spokoju wypić cokolwiek, szklankę wody 🙂 Jesteś dobrym rodzicem. Keep goin’!

A nasze przyjaźnie, ahh… Od czego tenże temat zacząć. Dopóki ze znajomymi można było widywać się wedle życzenia i uznania – każdy był zadowolony. I ci introwertyczni, i ci ekstrawertyczni. Każdy dozował sobie sam. Teraz introwertycy po miesiącach izolacji lgną do ludzi, a ekstrawertycy cierpią mocno i głośno bo odebrano im tlen, ludzi. Jako zagorzała fanka długich wieczorów z herbatą i pod kocykiem – w to mi graj, ale…ale i mi brakuje ludzi. Stawiam na jakość relacji, nie na ilość. O ile lubię swój dom i w nim przebywać, o tyle teraz tęsknie do ludzi. Tak po prostu. Dlatego bardzo współczuję tym, którzy z trybu hiper aktywnego towarzysko musieli się odizolować. Nie umiem sobie wyobrazić co czują. Ale przejdźmy do meritum. Razem z covidem, znaczna cześć relacji społecznych przeniosła się do internetu. A dokładając do tego aktualną sytuację polityczną pt. Divide et impera, można rzec, że część znajomości umarła śmiercią naturalną, inne przez zaniedbanie, a jeszcze inne jako wyraz zupełnej niezgody i nietolerancji wobec odmiennych poglądów. Czy to dobrze? Każdy oceni to sam, ja jednak uważam, że to oczyściło aurę z relacji niewnoszących nic do mojego życia, ale też z takich, gdzie na poziomie politycznym odczułam tyle agresji i zacietrzewienia, że jestem wdzięczna losowi, że tak się stało. Teraz mogę swobodnie agitować na rzecz kobiet i wolności, bez lęku, że zaraz wyskoczy mi jakiś troll, próbujący wmówić, że moje miejsce jest przy garach. Bo Agata nie gotuje!

A Ty drogi przyjacielu, uczniu, rodzicu, mężu, partnerko, matko i córko – robisz to dobrze. Zamknij oczy, weź głęboki wdech, napij się kawki, melisy czy innego Aperola i pomyśl, że każda zła godzina mija.

Om Shanti.

Zdjęcie do wpisu: Lisa Fotios on Pexels.com

It’s now or never

Cześć! Ten blog powstał pod wpływem impulsu, ale i z potrzeby serca. Jak mówi sam tytuł – o gotowaniu tutaj wpisów nie uświadczycie, chyba, że będzie to miało szerszy kontekst 🙂

Zawsze miałam ogromną potrzebę dzielenia się swoimi spostrzeżeniami, a przeciętna wytrzymałość moich rozmówców kończy się jeszcze przed błyskotliwą pointą, więc oto jestem. Nie zamierzam tutaj tworzyć peanów na swoją cześć i dywagować o cechach charakteru czy poglądach. Na pewno z biegiem czasu to się wyklaruje.

Uwielbiam różnorodność ludzkich charakterów, staram się szanować każdego rozmówce, ale jeżeli chodzi o kompromisy to nie biorę jeńców. Dopóki szanujemy swoją odmienność – jest OK, natomiast rasizmu, szowinizmu i wszelkich przejawów politycznego radykalizmu nie toleruję. Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się Twoja.

Nie boję się, żadnego tematu, ale też zdaje sobie sprawę ze swoich braków, zwłaszcza jeśli merytorycznie coś wykracza poza moje kompetencje. Co nie zmienia faktu, że można mieć swoje zdanie, prawda?

Będzie więc trochę o życiu, rodzinie, psychologii, polityce. Proza życia. Czyli wszystkie blaski i cienie dnia codziennego.

No i dystans…tylko dystans może nas uratować.