Bawimy się już 4 godziny, a minęło dopiero 10 minut !

Znacie to? Siedzicie ze swoim pacholęciem już kolejną godzinę układając wieżę z klocków, rysujecie, malujecie, żonglerka, zabawki, lalki, domki z piasku… radosne chwile w dziecięcym świecie trwają w najlepsze już czwartą godzinę, wtem z niedowierzaniem spoglądacie na zegarek i okazuje się, że bawicie się dopiero 10 minut. Brzmi znajomo? Kto się przyzna? Bo ja tak. Uff, to już mamy za sobą. Przyznaje się bez bicia – nie przepadam za zabawami z dziećmi. Mogę czytać z nimi książeczki, spacerować, czy rysować, ale jak przychodzi mi do budowania hiper wysokiej wieży z klocków, na zmianę z demolowaniem jej i budowaniem od nowa, zabawy lalkami, ciastoliną, czy odgrywanie kolejny raz tych samych scenek, to czas się dla mnie zatrzymuje. Kocham swoje dzieciaki i próbuję im zapewnić różnorodne atrakcje, ale nie lubię tych dziecięcych zabaw samych w sobie. Kamień z serca, bo wiem, że nie jestem jedyna. Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których po spakowaniu dziecku hiper zdrowej, eko-sreko, wege śniadaniówki z komosą i jarmużem, zawiezieniu na 5 dodatkowych zajęć przed i pozalekcyjnych, musimy znaleźć czas i chęci by jeszcze z tej skurczonej do minimum doby, wyłuskać czas i entuzjazm na budowanie z nimi klocków lego i wycinanie ludzików z gazet. Oczywiście powinno to spełniać nasze górnolotne ambicje i zapewniać zdrową umysłową stymulację. Jak na dorosłego człowieka przystało, prawda? No bo jak to tak, ze z własnym dzieckiem się nie lubisz bawić?! Co z Ciebie za wyrodna matka! Czy tam ojciec?!

Narzucamy sobie ogrom obowiązków. Budzimy się rano, wszystko kręci się wokół tego, by każdy wszędzie zdążył na czas. Pobudka w biegu, śniadanie w biegu albo i wcale, ogarnąć dzieciaki, ogarnąć siebie, poodwozić każdego gdzie trzeba i ufff…ale zaraz, zaraz, jakie uff? Przecież my też pracujemy. Więc dawaj w te pędy do roboty. Przy sprzyjających wiatrach można popracować z domu, ale każdemu zdarza się, że jednak czasem trzeba się gdzieś wyrobić na czas. I tak pędzimy z językiem na brodzie przez większą część dnia. Ale nie ma zmiłuj, zamykasz laptopa i w długą po dzieciaki, żeby Ci ich nie odholowali do jakieś społeczno-opiekuńczej przechowalni jak nie zdążysz odebrać ich z przedszkola czy żłobka na czas. Zdążyłaś. Kolejny raz uff. Wszyscy w domu. Zadowoleni i szczęśliwi. Czyżby? Tego nakarmić, tamtego przebrać, ta będzie pić tylko w różowym kubeczku, a druga ma nagle focha na cały świat, BO TAK. Argument koronny. Gdy już ugasisz wszystkie pożary, nastaje rodzinna sielanka. Relatywny spokój, wszyscy zadowoleni, najedzeni, zdążyłaś już posprzątać, ugotować, nastawić pranie, odpisać na zaległe maile z jednym dzieckiem na ręku. I słyszysz to pytanie… „Mamo, a czy pobawisz się ze mną?”.

I z jednej strony radość Cię, rozpiera, dziecko zaprasza Cię do swojego świata, a z drugiej z żalem patrzysz na zegarek i już wiesz, że to kolejny dzień, w którym czas dla siebie znajdziesz może dopiero jak dzieciaki zasną, o ile nie padniesz razem z nimi.

I wiem, że to brzmi jak żalenie się. Już czuję jak niektórzy palą się, żeby tylko napisać, że chciałam, to mam. Dzieci to obowiązek. No pewnie, że chciałam, mam i że to momentami karkołomnie ciężki obowiązek. Ale nie próbujmy sobie wmówić, że wszystko w rodzicielstwie to cud miód, i każdy jego aspekt powinniśmy doceniać, celebrować nawet jeśli przez zaciśnięte zęby.

„Będziesz do tego tęsknić. Zobaczysz jak szybko one dorosną”. Nie, nie będę tęsknić. Wiem, że to zależy od dziecka i od nastawienia rodzica, ale ja czekam z niecierpliwością i ekscytacją na czas, kiedy moje dziewczyny będą odrobinę starsze i bardziej samodzielne, żebym mogła pokazywać im świat, i by mogły z tego czerpać więcej. Nie będę tęsknić do pieluch, nieprzespanych nocy i zabaw lalkami. Może wspomnę to z nostalgią, ale nie róbmy z macierzyństwa jakiejś ścieżki straceńców, w której musimy się podporządkować wszystkiemu, nawet temu co nas męczy, czy nam nie odpowiada. Zawsze chciałam być mamą, i uwielbiam nią być. Są momenty w tej przygodzie, które rozczulają mnie do łez, i na pewno będzie ich jeszcze wiele. Ale bycie rodzicem to nie cel sam w sobie. Ponad macierzyństwem jestem kobietą, człowiekiem z marzeniami i potrzebami. I mimo, ze czasami sama czuje się jak koń po westernie po całym dniu z dzieciakami, to nie czaruję się, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Są dni lepsze i gorsze. Kocham moje dziewczyny na zabój, ale jak one rzeczywiście kiedyś wyfruną z gniazda i nie będę się już nimi opiekować, to nie chcę nagle obudzić się z poczuciem, że kwintesencją mojego życia było macierzyństwo i nic poza tym dla siebie nie mam.

Nie neguję, jeśli ktoś w macierzyństwie czuje się jak ryba w wodzie i obiera sobie za cel życiowy być najlepszym rodzicem. Jeśli to dla Ciebie się sprawdza – super. Ale dla większości, to nie działa, tylko boimy się i wstydzimy przyznać, że rodzicielstwo bywa rozczarowujące. Że poza tymi słodkimi pysiami umazanymi czekoladą, są też godziny płaczu, fochów, rozczarowania i rezygnacji. A już na pewno kolejna godzina lepienia babek z piasku, sprzątania ciastoliny, czy budowania fortecy z foteli to nie jest szczyt marzeń dla większości dorosłych. I to jest okej. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cyborgami. Nie ma sensu próbować być najlepszym rodzicem. Wystarczy być odpowiednio dobrym rodzicem. A miarą tego nie jest ilość Twojego czasu, jaki poświęcasz na zabawę, gdy sam ledwo trzymasz się ze zmęczenia na nogach.

Wyszedł mi z tego kolejny wpis w duchu autoterapii, ale czasy są jakie są, i podążając za klasykiem – koń, jaki jest – każdy widzi. Życzę Wam, byście dali sobie przestrzeń do akceptacji swoich rodzicielskich niedoskonałości, i czerpali przyjemność z tych wspólnych chwil, które dają radość. Rodzicielstwo to nie lukrowane zdjęcia na insta z dziewczynkami odstrojonymi w tiulowe spodniczki, bawiącymi się w pięknych pastelowych pokojach, w których panuje nienaganny porządek. To też nie chłopcy w wyprasowanych eleganckich koszulach z muszką, którzy radośnie puszczają samochodziki po równiutko przystrzyżonym trawniku. Kto ma dzieci, ten się w cyrku nie śmieje, i wie jak wygląda rzeczywistość.

Trzymam za Was kciuki. Jesteście najlepszymi rodzicami. Nawet jeśli nie zebraliście 10 pieczątek za każde 100 godzin spędzone na budowaniu fortecy z klocków 🙂

Cheers!

Photo by me

Wara od mojej macicy, maszkaro.

„Na Twoim miejscu, ja bym…” I właściwie na tym można by zakończyć, bo takie zdanie samo w sobie jest sprzeczne i bezsensowne. Bo jak to tak? Ja? Na Twoim miejscu? Ależ proszę. Rozgoszczę się, i chociaż wcale mnie o to nie prosisz, to ja i tak powiem Ci, co bym zrobiła. Bo ja bym zrobiła lepiej. Ba! Ja się znam na rzeczy, już to przeszłam, a nawet jak nie, to znam Ciebie i Twoje życie wystarczająco dobrze, żeby Ci powiedzieć, co ja bym na Twoim miejscu zrobiła i co jest dla Ciebie lepsze.

I tak, Moi Drodzy, obecnie mamy wysyp domorosłych specjalistów, którzy bez cienia zawahania stoją w pogotowiu, w blokach startowych by tylko doszukać się sytuacji z naszego życia, w której oni zachowaliby się lepiej. Właściwiej, mądrzej, bardziej odpowiednio. Nie mam tu na myśli tylko specjalistów wyprodukowanych przez Google z doktoratem i habilitacją „od wszystkiego”. Nie, nie. Widzimy teraz całą rzeszę polityków i ludzi mediów, którym nawet cholerna brewka nie drgnie, gdy z pozycji ciepłego fotela, tudzież w błysku fleszy na mównicy oceniają co oni zrobiliby na naszym miejscu. I na tym nie koniec. Oni nie tylko oceniają. Oni mówią nam co jest jedyną i właściwą drogą. I spróbuj tylko, nędzny człowieczku, się sprzeciwić, to znajdziemy na Ciebie paragraf. Raz, dwa.

Wiecie już chyba o czym mowa? We mnie się gotuje. Jestem wściekła, zrozpaczona i nie rozumiem jak garstka ludzi na czele z zawistną, nienawidzącą kobiet kreaturą może decydować o losie milionów z nas? Osobiście nie planuje nigdy już być w ciąży ale mnóstwo moich koleżanek, bliskich, czy kiedyś nawet moje córki, mogą w przyszłości stać przed decyzją o ewentualnej terminacji ciąży. Z różnych powodów. Nie oceniam. Ale w przypadku wady letalnej płodu, gdy nie ma szans na cień normalnego życia, a jeżeli to życie potrwa dłużej niż kilka dni czy tygodni, to będzie katorgą dla samego dziecka, czy też w przyszłości dorosłego, niepełnosprawnego najprawdopodobniej fizycznie i psychicznie, którym ktoś będzie musiał opiekować się do końca życia.

Nie oceniam, czy ktoś robi badania prenatalne czy nie. Dopóki mamy prawo wyboru – możemy z niego korzystać. Sama nie wiem, czy byłabym w stanie poświęcić się w 100% dla 24/7 opieki nad dzieckiem w stanie wegetatywnym. Mówię oczywiście o świadomej decyzji, gdy już w pierwszych tygodniach ciąży wiedziałabym o takiej wadzie. Kosztem moich zdrowych dzieci i pozostałych osób w rodzinie. Kosztem siebie, swojego zdrowia fizycznego jak i psychicznego i jakiejkolwiek przyszłości. Nie wierzę, ze urodziliśmy się po to żeby świadomie cierpieć, i że to cierpienie ma jakiś sens. Zwłaszcza cierpienie osoby urodzonej bez podstawowego chociaż zasobu umiejętności by wiedzieć, gdzie jest, i że żyje w społeczeństwie.

Wiem, że na pewno nie każdy się ze mną zgodzi. To jest fundamentem człowieczeństwa, że się różnimy, i to jest piękne. Tylko dlaczego większość, podkreślam, większość zagorzałych obrońców życia poczętego uaktywnia się tylko teraz, gdy po drugiej stronie barykady pojawiają się ludzie broniący prawa do decydowania o swoim ciele i życiu? Dlaczego nie widać szturmów pod sierocińcami, domami dziecka, domami samotnych matek i pikiet o to, by rząd zainteresował się tym, że te placówki funkcjonują na granicy wypłacalności, nie mówiąc o tym, że utrzymują się w sporej części z datków i pomocy ludzi dobrej woli?

Gdzie są obrońcy życia, kiedy kobieta urodziwszy zdrowe dziecko, sama w wyniku komplikacji okołoporodowych umiera lub w znacznym stopniu traci zdrowie i możliwości by zajmować się swoją pociechą? Opuszcza ją mąż, czy partner. Miga się od obowiązku płacenia alimentów. Jakoś ani widu, ani słychu, by polityczki pokroju pani Godek rzucały się niczym Rejtan na ratunek i w obronie ostatniej ostoi wiary. Katolików, na czele z prezesem toruńskiej rozgłośni też nie widać.

Gdzie jest wsparcie od Was dla rodzin zastępczych, które heroicznym wysiłkiem próbują czasem zapewnić ciężko chorym dzieciom chociaż namiastkę normalności. I mówiąc o namiastce normalności mam na myśli podstawową opiekę i rehabilitację, której próżno szukać w placówkach publicznych, ze względu na brak kadry, która to oczywiście jest wynikiem nikłych nakładów finansowych na tego typu boskie przybytki. I nie bez powodu mówię boskie – bo wg doktryny wiary, którą jesteśmy teraz terroryzowani, powinniśmy być miłosierni wobec siebie. Bardzo, kurwa, śmieszne. Najśmieszniejsze w momencie kiedy środki na opiekę dla ciężko chorych dzieci, czy oddziały onkologiczne są przekierowywane do TVP. Jedyną i właściwą rozgłośnię narodowej propagandy.

Gdzie jesteście, obrońcy życia poczętego, kiedy ciężko upośledzeni seniorzy (część z nich porzucona już jako dzieci), dokonują żywota w Domach Pomocy Społecznej, opuszczeni, bez właściwej opieki, bez bliskich, z bolesnymi odleżynami, nieodpowiednio odżywieni. Gdzie jest wtedy to miłosierdzie do życia poczętego, bo jakoś kolejek przed tego typu placówkami nie ma. Tzn. kolejki są, ale potrzebujących, a nie osób chętnych szerzyć łaskę i miłość do bliźniego.

Tak właśnie to widzę. Krzyk pod publikę. Byle się pokazać, byle się wybielić, przedstawić jako lepszego od tych okrutnych morderców malutkich, słodkich bąbelków. Tyle, że te bąbelki mogą nie mieć połowy twarzy, przełyku, czaszki, oczu, połowy serca, brak jelit, no generalnie sama śmietanka anatomiczna. Nie, wcale nie twierdzę, że takie osoby nie zasługują na szacunek, każde życie na nie zasługuje. Ale życie bez mózgu, albo z perspektywą śmierci w pierwszych minutach bądź tygodniach to nie jest życie. To jest wyrok na to życie, którego niektórzy tak zajadle bronią.

Bo wiedzą lepiej co zrobiliby na naszym miejscu. I co jest dla nas lepsze.

Nie życzę nikomu znalezienia się w sytuacji decyzji o aborcji. Ale odbieranie nam tego prawa jest niehumanitarne, nieludzkie, barbarzyńskie i jest wyrazem zgorzkniałego patriarchatu i moralnego totalitaryzmu. Jak to możliwe, że w XXI, kiedy dla ludzkości „sky is the limit”, a nawet nie, bo latamy w kosmos i chcemy eksplorować go dalej, a u nas w krainie mlekiem i miodem, a raczej krwią i żółcią płynącej, pozwalamy sobie decydować za siebie o swoim ciele i życiu?

Photo by Kat Jayne on Pexels.com

Nie dążę do celu.

Tak. Powiedzmy to sobie głośno. I nie, żebym miała coś przeciwko wyznaczaniu sobie celów krótkoterminowych, w stylu – nauczę się języka, przeczytam 50 książek w rok, czy schudnę w styczniu, by w lutym ze zdwojoną siłą jojo wrócić, albo i podwoić wagę wyjściową. Co to, to nie. Cele krótkoterminowe są super. Ja np. w ramach takich szybkich zwycięstw planuję pobudkę o 6 rano (moi dzielni kibice, czytaj – dzieci – wytrwale mnie w tym celu wspierają). Czasem nawet poprawiam wynik i jestem na nogach od 5. A co! Kto rano wstaje temu nikt nic nie daje, ale warto próbować. Lubię też np. zaplanować sobie, że nic nie pójdzie zgodnie z planem i to w perspektywie długo i krótkoterminowej również. Taki cel osiągam z efektywnością rzędu 100%. Słabo?

A tak zupełnie serio, to osiągnęłam wewnętrzne zen poprzez właśnie nieplanowanie niczego 🙂 Trochę mi to zajęło! Nie powiem, że nie. I przez bardzo długi czas takie planowanie budziło we mnie frustrację. Muszę zrobić to, osiągnąć to czy tamto, w sferze koleżeńskiej, służbowej, rodzicielskiej czy partnerskiej. Zawsze gdzieś na końcu drogi błyszczała mi perspektywa osiągnięcia w każdej z tych dziedzin jakiegoś konkretnego, zmaterializowanego celu, albo chociaż uczucia jakie miało się we mnie pojawić. Jakieś spełnienie, czy tam cokolwiek. Wiecie – jak człowiek zje pizzę, to niby jej już nie ma, ale to ciepełko z brzuszka, ten ser ciągnący się w żyłach zamiast krwi. Mmm… No uczucie nie do podrobienia, prawda? Wiec generalnie takiej, bądź podobnej ekstazy oczekiwałam od każdego życiowego przedsięwzięcia.

Wszystko chciałam zamknąć w idealne pudełeczko, obwiązane wstążką, żeby móc sobie pokazać i udowodnić, co umiem, do czego jestem zdolna. I to jest utopia. Tak się nie da. Większość tego, co nam się w życiu przydarza, to nie wynik naszych wysublimowanych i pięknie wyrysowanych planów, tylko przypadek. Zrządzenie losu, bądź od tego losu prztyczek w nos.

Wiem, że życie bez celu jest…jałowe. I to nie znaczy, że nie mam marzeń. Oj, mam! I to jakie! Ale to są marzenia, do których dążę nakładem większego lub mniejszego wysiłku, ale nie uzależniam swojej życiowej satysfakcji od spełnienia każdego z nich. Z jednych rezygnuję, a na ich miejsce pojawiają się nowe. Nauczyłam się zaakceptować ten życiowy bałagan, i nie biegnę do mety, na której jest aplauz i owacje na stojąco. Tak jest o wiele łatwiej. Robię co mogę, żeby w życiu mieć to, co lubię. Przyznaję się otwarcie, że jestem hedonistką. Może to cel sam w sobie? Może dzięki temu, zrezygnowałam z przekładania ambicji ponad własny dobrostan. Nie musze niczego nikomu udowadniać, ani już nawet sobie.

Borze szumiący! Gdyby tylko ktoś mi to powiedział 10 lat temu! Że nie ma mety, na której osiągnę jakieś mistyczne katharsis, przybiję sobie piątkę i pogratuluję osiągniecia wszystkich celów. Brawo ja, i te sprawy. Najlepsze jest to, że pomimo wszystkich codziennych mikro-porażek i rezygnacji z niektórych planów, mogę sobie każdego dnia i tak przybić piątkę, bo wreszcie żyję dla siebie i próbuję się cieszyć z tego co mam tu i teraz. To oczywiście nie tak, że rzygam tęczą jak uda mi się nie rozlać porannej kawy, ale przynajmniej umiem się cieszyć gdy wypijam ją jeszcze wtedy, gdy w smaku ma cokolwiek wspólnego z kawą i jej temperatura jest nieco wyższa niż stojącej obok butelki mineralnej 🙂 Takie małe radości! Nie biegam z kwiatkami we włosach i nie śpiewam jakie życie jest piękne. Ale nie katuję się nierealną wizją przedstawienia, gdzie na końcu wszyscy się kłaniają, opada kurtyna, widownia bije brawo, a śmiechom nie ma końca.

Celebruję to co jest, nawet jeśli dalekie od ideału. Lubię wspomnienia, ale nimi nie żyję, mam marzenia i je snuję, ale żyję tym co mam, i tym kim jestem teraz. Akceptuję chaos i niedoskonałość. Zdrowie i chorobę. Radość i smutek. Sukces i porażkę. Miłość i nienawiść. Tęsknotę i oczekiwanie. Spełnienie i żal. Przyjaciół i niespełnione obietnice. To do mnie przychodzi i biorę to w całości. I jedyne czego żałuję, to lat zmarnowanych na gonienie za nieokreślonym ideałem.

Odpuść. Sobie i innym.

Cheers!

Photo by lehandross on Pexels.com

Wysoko wrażliwi rodzice wysoko wrażliwych dzieci

Przyjęło się mówić, że osoby wysoko wrażliwe czują więcej i bardziej. I to jest absolutne minimum, żeby móc zacząć mówić o tym temacie. Zaliczam się do takich osób, lubię spędzać czas z ludźmi, ale zawsze po bardziej absorbujących wydarzeniach moje ciało wręcz woła o spokój, łaknie ciszy i samotności. Po to by zachować równowagę i balans. Zbyt dużo dźwięków, tłum, ruchliwe miejsca, intensywne bodźce – wszystko to odbiera mi energię i zaburza normalne funkcjonowanie. Mam tendencje do ponadnormatywnego zamartwiania się, wszystko przeżywam podwójnie i biorę do siebie. Wiele lat zajęło mi przejście z trybu walki z tym, do akceptacji. Tak mam, moje baterie emocjonalne szybko się wyczerpują. Mogę z egzaltacją przeżywać byle głupotę, ekscytować się rzeczami, których niektórzy nawet nie zauważają. Ale każda taka intensywna emocja niesie za sobą ostre narzędzie, które niemal na wskroś tnie moją wytrzymałość. I te kawałki trzeba później poskładać. Ja wiem jak to zrobić. Mam swoje metody. Relatywny spokój, izolacja, zupełna cisza. Muszę napełnić swój kubeczek, żeby móc podzielić się czymś dobrym z innymi. Jeśli moje baterie są wyczerpane, nie umiem być empatyczna, kochająca i wyrozumiała. Nie umiem. I rozumiem to i daję sobie do tego przestrzeń. Oczywiście tyle mam tej przestrzeni, ile dadzą mi dzieciaki. Taki lajf. Mogę pieprzyć coachingowy bullshit, ale rzeczywistość jest o tyle brutalna, że nie mam czasu na praktykę zen i innych technik relaksacji w takiej ilości, w jakiej mogłoby to przynieść jakikolwiek efekt. Więc wjeżdża kawa, dobra muzyka albo po prostu zamykam się na dziesięć minut w pokoju, i zbieram kawałki siebie w całość.

Bycie wysoko wrażliwym i świadomym tego, to trochę taka relacja love-hate. Z jednej strony nie zamieniłabym tego na nic innego. Kocham to, że te piękne emocje przeżywam z taką siłą. To jakby mieć eliksir, który koloruje dla Ciebie świat, ludzi i doznania. Kochasz bardziej, uwielbiasz całym sercem. To daje ogromnego kopa. Ale z taką samą siłą, po stokroć przeżywam każdą porażkę, każdy stres, niepowodzenie, nerwy i rozczarowania. I rozmyślam. Królowa wymyślania najgorszych scenariuszy.

I tutaj dodajemy do historii dodatkowy wątek. Wysoko wrażliwe dziecko. Można by pomyśleć – ciągnie swój do swego. Jaka mama, taka córka. Logika wskazywałaby, że jako iż sama jestem typem wysoko wrażliwym, to powinnam doskonale wiedzieć co czuje moja córka, umieć jej pomóc, zrozumieć ją. Zaskoczę Was. Jest zupełnie odwrotnie.

Młoda jest szalenie inteligentna (cóż innego mogę rzec o swej pierworodnej, oczywista oczywistość 🙂 ), szybko się uczy, walczy o swoje. Serce mi się topi, gdy widzę, jak przytula młodszą, by ta nie płakała, karmi ją albo daje buziaki i rozśmiesza. Mimo swoich niespełna czterech lat, wydaje mi się, że dużo rozumie. Ale nie rozumie tego, że po mamusi odziedziczyła wyjątkową wrażliwość. I pisząc „wyjątkową”, mam na myśli wręcz tragiczną. Gdy się śmieje, to do utraty tchu, gdy rozpacza, to tak jakby się kończył świat i nieboskłon płacze razem z nią.

Przez długi czas dawałam się przekonywać, że jest po prostu rozkapryszona i nerwowa. Źle się zachowuje. Nawet posłużę się moim ulubionym zwrotem „jest niegrzeczna”. Ale to nieprawda. Bolesne dla rodzica jest przyznanie, że od początku droga z dzieckiem nie jest łatwa, że się nie dogadujecie. Że dziecko płacze więcej, rozpacza, krzyczy. A Ty nie rozumiesz. Ja nie rozumiałam. Dalej tak jest, ale z całych sił próbuję wczuć się w to co ona może przeżywać.

Ja rozumiem dlaczego jestem rozdrażniona. Wiem z czego to wynika i w miarę możliwości wiem jak temu zaradzić. Młoda nie wie. Nie rozumie jeszcze swoich emocji. Próbuję ją z nimi zapoznawać. Jest teraz na rynku cały wachlarz pomocy dydaktycznych, głównie książek, które możliwie przystępnie pomagają dzieciom zrozumieć co dzieję się z ich ciałem, kiedy emocje przejmują kontrole i jak sobie pomóc.

My jako dorośli nie zawsze sobie z tym radzimy. Nie zawsze potrafimy zrozumieć sami siebie i kontrolować nasze uczucia. Co dopiero dzieci?

Piszę to dziś, jako kolejny wpis z serii autoterapii dla siebie jako rodzica. Nie raz rozkładałam ręce. Nie raz zdarzyło mi się płakać z bezsilności i braku pomysłu jak mogę jej pomóc, by nie czuła się tak przytłoczona bodźcami zewnętrznymi. Przebodźcowanie potrafi nas – wysoko wrażliwych – sponiewierać niemal do utraty tchu. Całe ciało zdaje się boleć tylko dlatego, że nie ma magicznego włącznika, który mógłby zastopować dopływ impulsów i nadmierne odczuwanie. Dla tak małego dziecka to musi być koszmar, kiedy sygnały z ciała i umysłu (które jeszcze na tym etapie są odczytywane jako takie same) powodują takie rozdarcie. Dlatego potrafią krzyczeć, wrzeszczeć, płakać i doprowadzać starych do szału i poszukiwania okna życia. Dla siebie 🙂

Nie mam na to lekarstwa. Nie mam złotego środka i robię co mogę żeby ją zrozumieć. Jeśli nic nie dociera to po prostu jestem. Czekam, aż wreszcie zrzuci z siebie największy ciężar i ostatecznie zechce się przytulić krusząc cały swój ból. Ja mam tak samo, ale wiem, że gdy się wykrzyczę, czy wypłaczę, to zrzucę z siebie kolce jeża i pozwolę się ukoić. Czasem to ukojenie przychodzi samo, ze mnie. Czasem potrzebuję kogoś, kto pomoże mi się odnaleźć i wyciszyć. To jest okropnie ciężkie. I gdyby mi ktoś powiedział kiedyś, że opieka nad dzieckiem wyjątkowo wrażliwym, jest ogromnym wyzwaniem, to pomyślałabym, że przesadza. Nic nie może być takie trudne. Ale rzeczywistość jest jaka jest. I jeśli dotychczas w życiu zmagałam się z różnymi cięższymi bardziej lub mniej doświadczeniami, to niemal czteroletnia przygoda w byciu mamą wysoko wrażliwej dziewczynki nauczyła mnie najwięcej. Zarówno pod kątem merytorycznym – jeśli chcesz dziecku pomóc to musisz się edukować, ale nauczyło mnie też pokory. Żadne książki i mądrości nie dadzą więcej niż czas i kursy live, 24/7 z dzieckiem.

Mogę narzekać, mogę płakać, mogę martwić się czy nie będzie zbyt delikatna, czy życie nie przeczołga jej gdy wyfrunie z domu. Zawsze będę się zastanawiać, czy właśnie nie przeżywa w głowie największej bitwy, nie cierpi. Bo jest wyjątkowo wrażliwa. Ale z tym idzie w parze jedna cudowna cecha. Ona potrafi pięknie czytać emocje. Rozszyfrowuje mnie. Ja wychodzę z założenia, że nie ma złych emocji, na każde jest miejsce i czas. Nie gram przed dziećmi cyborga, który nigdy się nie złości, nie irytuje, nie cierpi czy nie płacze. Dlatego też wbrew poradnikom, czasem uronię łzę na oczach dzieci. I gdy to się zdarzyło, młoda podeszła do mnie, przytuliła się, i powiedziała, że jest tu ze mną i przytula mnie, żebym już jutro obudziła się wesoła. Dla niej to jest takie proste. Oczywiście dodała też, że muszę się od nowa pomalować, bo oczy mi spłynęły 🙂 Wrażliwa, ale praktyczna. Mała kobietka.

Dlatego drogi Rodzicu Wrażliwego Dziecka. Dasz radę. Wytrwasz. Dla tych kilku drobnych momentów. Masz pod skrzydłami emocjonalną galaktykę. Ona już jest uporządkowana i doskonała, tylko pozwól jej lśnić swoim światłem. Nieodbitym.

Miłość idealna

Zewsząd trąbią, że nie istnieje, że tylko za siedmioma górami, lasami czy morzami. Że tylko w bajkach ten książę na białym rumaku, a w życiu, to co najwyżej czerwony fiat 126p. Jako niepoprawna romantyczka codziennie usiłuję nie zgadzać się z tym twierdzeniem. No bo jak to tak? Życie bez miłości idealnej? Po co? Ja się pytam? Po co? Czo ten Romejo i czo ta Dżulia?

Co do poezji i literatury, to frunę ostatnio niesiona słowami Osieckiej i Przybory, Poświatowskiej i Iwaszkiewicza. Dla osób niezainteresowanych tematyką powiem tylko, że dla mnie to mistrzowie operowania słowem, a już w kwestii relacyjnych niuansów i sposobu adorowania drugiej osoby – majstersztyk. I tak lawiruję sobie na wysokości lamperii, rozmyślam o tych wszystkich pięknych słowach, jakie spłodziły ich mądre głowy. Jaka to miłość cudna, prosta i oczywista. Jak to wystarczy pisać do siebie o głębokiej tęsknocie, ubierając ją w pióropusz pięknych wzniosłych słów. Nie mogę im tego odmówić, bo sposób w jaki przekazują swoje uczucia i tęsknotę – nie do podrobienia. Porusza do samych trzewi, i jak dla mnie – trzeba być emocjonalnym pantofelkiem, żeby nie zatrzymać się nad tym chociaż na moment. Ale wracając do sedna – rozanielona, frunę po tych wszystkich wersach i oczywiście, jako że żyję tu i teraz, w roku AD 2021, w głowie snuję już jaką tu petardę wystosować do małżonka. Czemuż, ale to czemuż, mój Luby, nie raczysz mnie takimi słowami? Czemu wraz z pierwszymi promieniami słońca nie recytujesz do mnie emocjonalnego poematu, zostawiając mój jakże chłonny o poranku umysł – pełen zadumy i płomiennego uczucia?

I tu z pomocą przychodzi jak zawsze niezawodna, trywialna codzienność – Luby mój nie budzi mnie rano słowami wiersza, bo budzą nas nie mniej śpiewne i twórcze pojękiwania naszych pacholąt z pokoju obok. Wiecie co jest dla mnie wtedy poezją? Jak on mówi „Poleż jeszcze, ja do nich pójdę”. Niezłe, co?

Poza tym, umysł mój o poranku potrzebuje ni mniej, ni więcej, a dobrej kawy, a nie dwunastozgłoskowca albo innego białego rymu. Jeśli o biel chodzi, to tak – mleko w kawie. Jeśli o słodycz, to kawa z cukrem. Prosto i pięknie.

Ale nie odpuszczam, bohema w sercu zobowiązuje. Więc dalej drążę dziurę w brzuchu i czekam, aż usłyszę jakikolwiek przejaw romantycznej twórczości w swoją stronę. O miłości, trosce i pożądaniu. A jedyne co słyszę wychodząc z domu, to „Jedź bezpiecznie” albo dostaję do pracy wcale nie romantyczny pojemnik wypełniony moim ulubionym pesto. Albo pytanie, co chciałabym obejrzeć wieczorem.

Ale mi romantyzm…pfff.

Już chyba wiecie, o co mi chodzi 🙂

Niektórzy z nas, w tym przyznam się szczerze – ja – mają tendencję do idealizowania, wygórowanych oczekiwań, malowania rzeczywistości swoimi farbami i oczekiwania, że świat i ludzie będą grać wedle naszej partytury. A jeżeli o miłość chodzi – Panie, tylko ta idealna!

Rzecz w tym, że ta idealna miłość w naszej rzeczywistości, to właśnie to, że się troszczymy, życzymy komuś codziennie bezpiecznej drogi, w progu podamy czapkę, czy zajmiemy się dziećmi, żeby druga osoba mogła odpocząć. To zrobienie pysznej kawki, albo wspólny film.  To pomoc i wsparcie w tym, czego nie umiemy, zatankowanie jej auta, żeby nie musiała marznąć na stacji, rozmasowanie zmęczonych ramion i długi przytulas.

Nikt nie lubi rutyny, każdy się przed nią broni wyobrażając sobie idealny związek jako wieczną sielankę, przeplataną tylko pięknymi zdaniami szeptanymi prosto do ucha, na zmianę z nieustającym, upojnym seksem. No hellou! Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto czasem nie zasiedzi się przy konsoli, albo ta, której nigdy akurat nie bolała głowa 😉

Bądźmy sobie romantykami. Wierzmy w piękno i prostotę emocji. Ale nie zapominajmy, że codzienność to nie liryka, a częściej jednak epika, albo nawet dramat. I w tej rzeczywistości statystycznie częściej przychodzi nam zmagać się z bałaganem w kuchni, niż „romantyczną tęsknotą za kimś, kto zostawił Warszawę pełną tylko swojej nieobecności”.

Cheers! Kochani. Niech Wam się ten codzienny romantyzm przytrafia częściej.

*Parafraza fragmentu listu A.Osieckiej do J.Przybory.

Photo by Kaboompics .com on Pexels.com

20 miesięcy i nie chodzi.

A niunia już siedzi? A stoi? A chodzi? Te pytania spędzały mi sen z powiek. I zapewne to uczucie towarzyszyło wielu z Was. Zwłaszcza tym, których znaczenie takich zwrotów jak „siatki centylowe, skoki rozwojowe, kamienie milowe” przyprawiają o ciarki. Wszystkie te metryki mają umieścić nasze dziecko w jakimś punkcie na drodze rozwoju. Czy możemy już odhaczyć kolejną umiejętność, czy też nie.

To będzie wpis z serii auto-terapia dla rodzica. Czyli moja osobista relacja z pola bitwy, jakim jest rozwój motoryczny małego człowieka od urodzenia do drugiego roku życia. Postaram się przybliżyć Wam ścieżkę rozwojową młodszej córki, więc pozwolę sobie nakreślić ogólne tło wydarzeń, by łatwiej było zauważyć pewne zależności i moje matczyne niepokoje.

Natalka urodziła się o czasie, poprzez planowane cesarskie cięcie. Nie uzyskała początkowo 10 punktów Apgar, ponieważ miała przejściowe problemy adaptacyjne z oddechem. Co często zdarza się u dzieci „cesarkowych”, natomiast mnie przyprawiło o kilka siwych włosów więcej już na samym początku naszej wspólnej drogi. Pierwsze tygodnie to była sielanka, jakiej nie poznałam ze starszą córką – Natali spała pięknie, jadła ponadprzeciętnie i generalnie była uciechą dla całej rodziny. Poza jednym małym aspektem. Przez to, że była taka spokojna i dużo spała – nie osiągała tych przysłowiowych rozwojowych kamieni milowych o czasie. Później nauczyła się trzymać samodzielnie głowę. Później niż jej rówieśnicy zaczęła przekręcać się z brzucha na plecy i odwrotnie. Później nauczyła się siadać, stać czy czworakować. I to nie tak, że mnie to niepokoiło. Jak przeciętną matkę-wariatkę, ale już jakby nie było, drugiego dziecka, spędzałam godziny na szukaniu odpowiedzi i źródeł opóźnienia u młodej. Nauczona doświadczeniem, pierwsze pytania kierowałam do lekarzy podczas badań kontrolnych. I niestety – co przyczyniło się do uśpienia mojej czujności – zawsze słyszałam „Wszystko jest OK, jeszcze ma czas”. A czas skończył się w wieku mistycznych 18 miesięcy, inaczej 1,5 roku dziecka, kiedy to młoda powinna już postawić pierwsze kroki, ale to nie nastąpiło.

Jej umiejętność stania czy przemieszczania się przy meblach też pozostawiała wiele do życzenia. Stawiała stopy zrotowane bardzo na zewnątrz, o czym wspominałam na konsultacjach nie raz i nie dwa.

Miesiąc przed magicznym wiekiem 18 miesięcy byliśmy konsultowani przez kilku specjalistów, m.in. ortopedę i fizjoterapeutę. Niestety nie trafiłam na zbyt poświęconych swojemu powołaniu lekarzy. Nadal słyszałam „wszystko jest OK”. Upatrywano powodów tego opóźnienia w tym, że może doznała jakiegoś mikro niedotlenienia okołoporodowego. Zaś neurologicznie nie wykazywała żadnych znamion uszkodzenia struktur mózgowych. Lekarze wskazywali też na jej gabaryty (duża waga urodzeniowa, zawsze wysoki centyl wszystkich możliwych wymiarów) i niskie napięcie mięśniowe oraz wiotkość stawów. Ale w dalszym ciągu słyszałam „wyjdzie z tego, ma jeszcze czas”.

Natali ma dziś już ponad 20 miesięcy, potrafi sama stać, nadal jednak sama nie chodzi, chociaż dziś zrobiła kilka samodzielnych, chwiejnych pierwszych kroków. Dla mnie czas się zatrzymał i jestem z niej ogromnie dumna. Ale to by się nie wydarzyło, gdybyśmy finalnie nie trafiły pod opiekę fantastycznej fizjoterapeutki, która uspokoiła wszelkie moje matczyne wyrzuty i lęki o jej zdrowie i rozwój. Młoda faktycznie ma delikatnie opóźniony rozwój ruchowy, ale nie jest to związane z żadną ciężką wadą, jedynie zespół czynników, które nie zostały wyłapane na czas i pomoc nie została jej udzielona odpowiednio wcześnie.

Mam oczywiście trochę żal do siebie o to, że niewystarczająco drążyłam temat i nie naciskałam na odpowiednią diagnostykę. Z drugiej strony jestem zła, że pomimo dobijania się od drzwi do drzwi, nikt nam odpowiednio wcześnie nie pomógł, i byliśmy odsyłani za każdym razem z komentarzem „jeszcze ma czas”.

Możecie się śmiać, możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale jest coś takiego jak matczyna intuicja. I teraz wiem, że trzeba jej częściej słuchać. Ja próbowałam ją w sobie wyciszyć, ponieważ wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że nie mam racji, jestem w błędzie i robię problem tam gdzie go nie ma. Dopiero gdy młoda skończyła 1,5 roku lekarze zaczęli pytać „dlaczego nie zgłosiliście się wcześniej?”. Serio? Serio – nie zgłosiliśmy się? Byłyśmy tu! Waliłyśmy drzwiami i oknami, by ktoś się zainteresował. Ale nasz cudowny system opieki zdrowotnej działa tak, że wszystko, co jest zgodne z tabelką czy siatką centylową – jest OK, a spróbuj tylko trochę się wykruszyć, to już traktują Cię jak chorego (w tym przypadku dziecko), a z matki/opiekuna osobę niekompetentną i niewystarczająco troszczącą się o dziecko. Dodajmy, że siatki centylowe i umowne kamienie milowe to tylko średnia. Uśredniony wiek, w jakim dzieci powinny opanować konkretną umiejętność.

Ostatnie miesiące to był ciężki czas, nerwy i dużo moich wątpliwości związanych z rozwojem Natalii. Czas pokazał, że upór i determinacja w końcu przyniosły efekt, i gdybyśmy wcześniej trafili pod opiekę kompetentnego fizjoterapeuty – może udałoby się wyprostować wszystko wcześniej. Natomiast gdybanie już nic nie da. Cieszymy się z tego co jest i staramy się rehabilitować małą możliwymi, dostępnymi sposobami.

Dodam tutaj jeszcze jedną rzecz, w którą ślepo wierzyłam, a jednak okazała się nie do końca prawdą. Od zawsze wszyscy wkoło przekonywali mnie, że dziecko dla zdrowego i harmonijnego rozwoju powinno jak najwięcej hasać bosą stópką. I sama zapewniałam dziewczynom głównie taką stymulację stopy, wierząc, że jest to jedyna droga do zdrowego rozwoju. Jednak to nieprawda. Bosa stópka owszem – u ZDROWYCH dzieci. Natomiast jeżeli dziecko ma zdiagnozowane jakiekolwiek wady strukturalne, anatomiczne czy motoryczne zwłaszcza kolan czy stawów skokowych – prawdopodobnie najbezpieczniejsze będzie delikatne usztywnienie kostki odpowiednim obuwiem, by pozwolić stopie uzyskać właściwą powierzchnię podparcia i umożliwić na dalszych etapach prawidłowy wzorzec ruchu i chodu. Oczywiście takich decyzji nigdy nie podejmujemy sami, by nie zrobić dziecku krzywdy i nie zaburzyć prawidłowego rozwoju.

Chcę Wam tylko powiedzieć, byście bardziej wierzyli w siebie, traktowali swoje lęki o zdrowie dzieci z należytą powagą, starannie przyglądali się maluchom i nie dali w sobie uśpić czujności i instynktu. Oczywiście nie mówię tu o bieganiu do szpitala z każdym katarem, bo jak wiadomo – większość naszych obaw nie ma pokrycia w rzeczywistości i okazują się najczęściej błahostką. Lepiej jednak zapytać jeden raz za dużo, niż za mało i mieć wyrzuty sumienia z powodu zaniedbania jakiegoś tematu. Trzymajcie się ciepło i uwierzcie w potencjał swoich dzieci. Są wyjątkowe i potrzebują jedynie naszego właściwego wsparcia i miłości.

Mąż mi nie pomaga w domu!

Nieodległy czas i nieodległe miejsce. Samiec z lubością obraca w palcach solonego krakersa popijając zimnym piwkiem. Leniwie i z rzewnym spojrzeniem delikatnie muska palcami drugiej ręki wymęczone już, i nadgryzione zębem czasu…przyciski na pilocie. Samica zaś w odosobnieniu, w innym pomieszczeniu bezpiecznej lepianki, w pocie czoła przygotowuje strawę dla całej familii, sprząta, pierze, tańczy, zabawia. Istny cyborg. Toż to robot, nie kobieta. Czytała Krystyna Czubówna.

I tak to, Moi Mili, wygląda w wielu domach obecnie, w tym wcale nieodległym czasie i miejscu. Może u sąsiada, a może u Was. Automatycznie nasuwa się współczucie dla tej biednej, uciemiężonej, urobionej po same łokcie kobiety. Przecież Pan Domu, głowa rodziny, zarobił (albo i nie), trochę zielonych, więc należy się Wać Panu spokój i odpoczynek. Poza tym, na pewno nie umiałby ugotować, posprzątać czy zająć się dziećmi tak dobrze jak kobieta… Brzmi znajomo?

Dodatkowo przyjęło się, że obowiązki domowe spoczywają na kobiecie. Ale gdzie tam, Pańciu, jakieś dziękuję za tę ciężką robotę. Za to jeśli szanowny Pan zdobędzie się na odwagę i bezpośrednie starcie z mopem, czy odkurzaczem to alleluja. Pieśni chwalebne to chyba sam Jaskier będzie pisał.

I ja niestety nie mam współczucia dla tej kobiety. Przykro mi. Wzięłaś na siebie to wszystko, to teraz masz swoją orkę i płacz. Jegomość Pan, głowa rodziny, pozwalał sobie na komentarze o swoich dwóch lewych rękach, to teraz odcina kupony. I tymi dwiema lewymi rączkami wcina krakersy, popija piwko i klepie się po brzuchu, kiedy Ty – wcale nie-biedna kobieto – zasuwasz w kuchni do utraty tchu. Tudzież do porzygu, bo ileż można.

Wiele z nas, kobiet sobie to robi. Wierzymy, że w pracach domowych jesteśmy niezastąpione, potrafimy robić kilka rzeczy na raz, i zawsze wszystko jest na tip-top. I jak ten chłopaczyna, konkubent czy też mąż raz nastawi pranie, pomiesza kolory czy zamiast do pralki, wrzuci do suszarki, to od razu jedziemy po nim jak po łysej kobyłce, i biedak traci zapał. A my cierpliwość. Przecież finalnie i tak wiadomo, ze zrobimy wszystko lepiej i szybciej. Ale bez urazy, Panowie. Obsługa pralki, zmywarki, czy odkurzacza to nie jest rocket science. Większość z Was łapie to w lot! Co do tematów mniej technicznych, wymagających innej wiedzy tajemnej, jak np. zmiana pieluch czy nakarmienie latorośli, to widzę to tak: Pan wiedział JAK zrobić, a teraz już nie wie CO z tym berbeciem zrobić? Halo, halo. To chyba tak nie działa!

Przykład anegdotyczny. W rozmowie z przyjacielem, żalę się pewnego razu, że do pracy się zabrać nie mogę, myśli rozbiegane, wkurw czai się za rogiem i ogarnąć kuchnie muszę, bo w takim rozgardiaszu pracy nie zdzierżę. I chcąc nie chcąc, jęczę, że małżowi memu, taki stan rzeczy zdaje się nie przeszkadzać. Oczywiście oczekując współczucia i podziału smutku, czytam odpowiedź. „Agata, ale to jest Twój problem, nie jego”. Eureka! Problem jakby mój, ale syf już wspólny. Więc po krótkiej naradzie z małżonkiem, vel. współwłaścicielem lokum, kuchnie ogarnęliśmy raz dwa. Mi się lepiej pracowało, małżowi nie zrobiło to różnicy, ale każdy kto kiedyś mieszkał z kobietą, wie, że wszystkim żyje się lepiej gdy owa jest zadowolona. Prawda oczywista. Win, win.

Czasem w rozmowie ktoś mnie zapyta „To pomaga Ci ten mąż coś w domu?” No nie. Nie pomaga, bo odkąd pamiętam dom mamy wspólny, dzieci też.  O ile każde z nas ma swoją działkę, w którą jedno drugiemu się nie miesza, o tyle kwestie utrzymania porządku, gotowania, czy zajmowania się dziećmi – to są sprawy wspólne, które każde z nas potrafi robić. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała, że niektóre rzeczy robię lepiej (Daaa!), ale z upływem lat akceptuję już tę niedoskonałość w wykonaniu mojego niepedantycznego partnera 🙂 Ja mogę sobie ustawiać przyprawy etykietkami do przodu, a co! Natomiast on jest normalny i nie musi! Ale dopóki przyprawy są w szufladzie w kuchni, a nie w garażu to problemu nie ma. Pampersa dziecku też zmieni, a jak trzeba to nawet dziewczynom uczesze kucyka. Może czasem pójdą do przedszkola w ciuchach z innej epoki, ale dopóki zimą nie chodzą w sandałach i krótkich spodenkach to nie ma dramatu.

Miałam też przez pewien czas taki nawyk, że wychodząc z domu bez dzieci, co jakiś czas przychodziła mi do głowy myśl „Omójborze szumiący, a jak on zapomni dać jej podwieczorek?!? A jak będą zmęczone, a on ich nie położy spać…” itd. I wtedy mnie olśniło. Przecież on też je kocha i chce dla nich najlepiej. Co z tego, że czasem zjedzą parówki na kolacje albo pójdą chwilę później spać. W sukienkach zamiast piżamy. Naprawdę. Co z tego?

Przecież gdy to on idzie w balet lub inne miejsce uskuteczniać zacieśnianie więzi społecznych, to nie zastanawia się czy ja w tym czasie zmieniłam młodej pieluchę, czy była na spacerze albo czy ma katar. Mężczyźni potrafią oddzielać role jakie pełnią w życiu. I to jest zdrowe. A my kobiety, zwłaszcza matki, mamy z tym czasem ogromny problem. Matka przede wszystkim, a cała reszta gdzieś na szarym końcu. A chodzi właśnie o to, by czasem zrzucić to z barków. Panowie są nie mniej zdolni i ogarnięci w kwestiach zajmowania się domem czy dziećmi, niż my. A przecież poza domem też jest życie! Serio, serio. Są ciekawi ludzie, sztuka, hobby, podróże (tak tak, covid srovid, kiedyś będzie normalnie). Każdy ma takie samo prawo i przywilej do korzystania z życia. Jeśli nie chcesz, to siedź w domu, ale nie miej pretensji, że wszystko bierzesz na siebie. A Panowie czasem mogą trochę bardziej proaktywnie podejść do tematu. Zechcieć wprosić się w tajemny świat mycia garów, czy  układania ciuchów w szafkach.

Wiem, że antropologicznie i psychologicznie to kobieta jest strażniczką domowego ogniska i zawsze w głębi serca będzie się martwić o dom i rodzinę. Choćby sobie wmawiała, ze jest inaczej, i że taka wyemancypowana, że hoho. A ja, jako zagorzała przeciwniczka patriarchatu, chcę Wam powiedzieć, że nasi mężczyźni, naprawdę potrafią wiele. Tylko trzeba im pozwolić. Niech popełniają błędy. A wtedy my możemy usiąść z tym Prosecco i wreszcie pozwolić, by odpowiedzialność podzieliła się na dwa. Doceń się, kobieto. I doceń swojego faceta. I daj się docenić.

Cheers!

Photo by cottonbro on Pexels.com

Oczekiwania vs. rzeczywistość – Christmas Edition

Święta, święta…co prawda do końca jeszcze kilka godzin, ale to i tak odpowiedni moment, by zweryfikować oczekiwania względem tych dziwnych, magicznych/pandemicznych świąt, a realiów, które z reguły mocno odbiegają od rzeczywistości. Zaczynamy!

1. Przygotowania
Co roku wszyscy sobie obiecują „te święta będą inne”. W domniemaniu chodzi o mniejszą ilość sprzątania, gotowania i nerwówki. Jak to wychodzi? Ja mam to szczęście, że zabieram ferajnę i w tym roku wyruszyliśmy na Podlasie. Brzydko mówiąc – wjeżdżamy na gotowe. Ale wiem ile czasu gospodarze spędzają w kuchni, by każdy koneser i amator świąt był zadowolony. Wiem też, że niektórzy muszą umyć w grudniu okna w obawie, że przez brudne nie zobaczą Jezuska (:

2. Wigilia
Gdy już udało nam się dotrzeć na miejsce (zapewne część z Was wie czym jest podróż z dziećmi na 2 dni. Niezależne gdzie jedziesz – tobołów tyle, jakby człowiek gotował się na apokalipsę. Prepersi to przy nas początkujący amatorzy. Oczywiście swoich rzeczy garstka. Najważniejsze są pieluchy, książeczki, śliniaczki, pierdyliard ciuchów dla nielatów na każdą okazję itd.) i tak okazuje się że czegoś zapomnieliśmy. To jest niezmienny punkt imprezy. Ale przejdźmy do Wigilii. W planach spokojna, kameralna kolacja…w miłej rodzinnej atmosferze….brzmi znajomo? Bo dla mnie też nie 🙂
Najpierw jedna latorośl odmówiła uczestnictwa w familijnym happeningu przy stole. I jeżeli chcecie dyskutować z koronnym argumentem w stylu „Nie, bo nie”, to zapewniam Was, że fiasko negocjacji murowane. Tutaj dramat rozgrywa się na poziomie „być albo nie być”, więc mały człowiek musi sobie dużo poukładać w głowie zanim zechce zaszczycić pozostałych swoją obecnością.
Druga, młodsza nosicielka cudnych genów obraziła się na matkę. Ale to jak! A wiecie za co? Że matka sukienkę przywdziała w złym kolorze. Sobie. Młodej się nie spodobała matka w wydaniu świąteczno-sweterkowym i na nic jakiekolwiek próby zbliżenia się do niej. Ale rozumiecie, że to ma drugie dno – pacholę płacze na widok matki, więc ta musi relaksować się w osobnym pomieszczeniu. You know what I mean…
Po ugaszeniu wszystkich dziecięcych pożarów, pierwsze uszko upuszczone przez niezdarną rączkę do barszczu…zalewa piękny biały obrus. Będzie ślad czasów. Pamiątka dla przyszłych pokoleń!
A Wasza wigilia jak? Też taka bajkowa? No to jedziemy dalej z baśniowym klimatem:

3. Zdjęcia
Z opisanych powyżej przyczyn nie mam pięknych, świątecznych kadrów z rodziną. Mogę co najwyżej w Photoshopie powycinać każdego z innego zdjęcia i wkleić w jedno na tle choinki. Ewentualnie ryzykować, że to wspólne będzie wyglądało jak Bitwa pod Grunwaldem. Ale po co komu więcej stresu. Nie ma, to nie ma. Przynajmniej jak zapytają jak wyglądała Wigilia A.D. 2020 to będzie co wspominać.

4. Napoje wyskokowe
Na co komu alkohol, gdy jesteś na nogach od 5 rano, spakowałeś do auta pół domu, przetrwałeś w trasie kilka godzin, przebrałeś siebie i dzieci już przynajmniej 3 razy….i do tego wieczną atrakcję i niespodziankę wieczoru zapewnia Ci pomysłowość Twoich pociech. Kto zna takie sytuacje, ten się w cyrku nie śmieje. True story.

5. Śnieg
Jak wiadomo w Polsce śnieg pada raz na dwa lata i utrzymuje się średnio 2 dni. W tym roku jest akurat rok śnieżny i trafiliśmy na polski biegun zimna, więc mamy o 1 dzień śniegu więcej niż niektórzy. Mówiąc o 1 dzień więcej, mam na myśli o jeden więcej niż zero. Na sanki się nie nada ale też jest magia. Oczywiście tylko dla ludzi starej daty (#dinozaury), którzy pamiętają jeszcze normalna zimę. Ja zatem szaleje w śniegu jak kuna w agreście, serce rośnie bo jestem team #zima, ale moje dzieciaki statystycznie częściej widzą żyrafę w Zoo, niż śnieg na żywo, więc zachwytem mi nie dorównują. Młoda w wózku wije się jakby ją ten śnieg pozbawiał życia z każdym płatkiem na nosie, a starsza ma nerwa, bo jak z takiej ilości zrobić śnieżkę. Albo jakiegoś para-bałwanka. To se ne da.

6. Relaks
Jako, że ktoś jest w stanie zająć się przez 2h dziećmi, uznaliśmy z małżem, iż raz na te kilka lat można wyjść gdzieś bez pacholąt.
Uradowani wizją semi-randki wyruszyliśmy w miasto…w którym wszystko zamknięte (pozdrawiamy Covid!), także zapomnij, Pańciu, o romantycznej kolacji czy chociaż gorącej czekoladzie, by się rozgrzać.
Byliśmy zatem na wspólnym spacerze. Małżonek wydaje się być całkiem interesującym człowiekiem (: Jest potencjał!
P.s. Pozdrawiam i ściskam wszystkich rodziców małych dzieci, którzy nie mają warunków, by wychodzić częściej sami. Kiedyś to minie. Jeszcze jakieś 5-10 lat. Co to jest w porównaniu do kilku godzin zabaw lalkami, czy lego. Dacie radę !

A Wasze Święta jak? Jest magia? Może planujecie już wystrzałowego sylwestra? Miejsce parkingowe w Zakopanem już zarezerwowane? Słyszałam, że teraz w gratisie do parkingu można dostać nocleg w apartamencie z widokiem na Giewont! A nuż, może parkingowy ułoży Wam łabędzie z ręczników na łóżku. Nie dziękujcie, żal nie skorzystać.

Ho, ho, ho.

Foto: Getty Images

Cierp ciało, bo jesteś kobietą.

Samoakceptacja to jest ostatnio pojęcie tak powszechne i rozumiane przez każdego w tak wielu kontekstach, że nie do końca wiedziałam jak się do tego wpisu zabrać. Nie ma sensu przytaczać Wam definicji. Wystarczy zaznaczyć, czym samoakceptacja nie jest. Jak widzę wszystkie fit-trenerki, zapraszające mnie do wyginania się, w te jakże naturalne pozy, co najmniej godzinę dziennie, obiecując mi, że uzyskam ciało jak z okładki Vogue’a…no to błagam. To ma być ta droga do samoakceptacji? Czy droga do uzyskania ciała akceptowanego przez wszystkich? To jest zasadnicza różnica.

Nie mam oczywiście nic przeciwko ćwiczeniom i aktywności fizycznej. Jak najbardziej – sama też lubię od czasu do czasu przejechać się na mopie, czy pokręcić piruety z praniem. Albo przysiady z 15-kilogramowym dzieckiem na rękach. Żeby akurat podnieść z ziemi najważniejszą zabawkę. Ale spróbuj tylko, matko, odłożyć mnie w tym samym czasie na ziemię! Co to, to nie ! Zatem trening ogólnorozwojowy mam w małym palcu. Dołóżmy do tego bieg przez płotki (rozwalone zabawki), ubieranie się na czas, czy żonglowanie życiem zawodowym i prywatnym. Domowa olimpiada i cyrk w jednym.

Problem jest taki, że powyższe aktywności nie zbliżają mnie nawet na milimetr do osiągnięcia wymarzonej, atletycznej sylwetki.

Były czasy, że katowałam się ćwiczeniami, dietami i nic dobrego na dłuższą metę z tego nie wyszło. Jako osoba niezbyt pewna siebie zawsze wymagałam od siebie więcej i więcej. Miałam na to czas, miałam na to zapał. I zamiast spróbować pogodzić się z tym, że nobody’s perfect, robiłam wszystko tak, jakby moje ciało było dla mnie okropnym, wrogim miejscem. Męczyłam je i przesuwałam jego granice wytrzymałości. Zdrowie? Jakie zdrowie. Tu i teraz jest najważniejsze.

To się jednak zmieniło. Zostałam mamą. Mam za sobą dwie ciąże, a kto mnie zna, wie, że akurat co jak co, ale tyć w ciąży to ja umiem jak mało kto. I nie, że ja po prostu dużo jadłam. To też, ale moje dzieci nie należą do drobnych, więc zawsze i wszędzie najpierw pojawiał się brzuch, a później jakby doczepiona do brzucha – ja. Sielanka 9 miesięcy, a później hmm…no cóż. Nie każdy wie, jak wygląda kobiece ciało po ciąży, ale jeśli nie wiecie, to Wam powiem – nie wygląda jak Ania Lewandowska (no chyba, że ktoś całe życie ćwiczył tak jak ona, wtedy jego organizm inaczej sobie radzi z tak diametralnymi zmianami fizjologicznymi i szybciej wraca do siebie). Ciało po ciąży jest niekształtne, miękkie, opuchnięte, bolesne. I wcale nie wraca do formy wraz z urodzeniem bądź wydobycinami* dziecka z naszego wnętrza. Dorzućmy do tego laktację, i mamy komplet. Możesz mieć rozstępy i cellulit. W sumie bez ciąży też. Sama patrząc wtedy w lustro byłam przerażona. Właściwie nawet nie chciałam na siebie patrzeć.

Co jeszcze oprócz domowych obowiązków, i opieki nad noworodkiem może wymyślić sobie świeżo upieczona mama? No pewnie – skoro wszyscy mówią o szybkim powrocie do formy, to ja też! Ja też chcę tę formę, czymkolwiek ona jest! Nie zjem tego, nie zjem tamtego, bo za dużo. Co z tego, że te małe ssaki wyciągały ze mnie kosmiczne ilości kilokalorii dzień w dzień. Jesteśmy pokoleniem instant recognition i tak samo ma być w naszym życiu. Idealna sylwetka, najlepiej tu i teraz, od razu po wyjściu ze szpitala. Byśmy niczym księżna Kate mogły powabnie zapozować do zdjęcia. Ale ciało ma swoje granice, i ja też je poznałam. Zaczęły się problemy ze zdrowiem, i to nie tylko wynikające ze złej diety i braku dbania o siebie.

Długo mi zajęło przepracowanie tego. Nie jest idealnie – samoakceptacja to nie jest coś, co da się uzyskać, jak jakiś order z ziemniaka. To wymaga dużo czasu, pracy i czasem łez. I nie jest dane na zawsze. Każda kobieta ma jakąś czułą cząstkę, która ledwo wprawiona w drganie, wywołuje lawinę złych emocji. Poza tym zawsze będziemy, jak to Kasia Nosowska śpiewała:
„Zbyt ładna dla brzydkich
A dla ładnych za brzydka
Za gruba dla chudych
A dla grubych za chuda”.

Ale jestem mamą – moje ciało jest niesamowite. Urodziłam dwie cudowne, zdrowe dziewczynki. Przetrwałam operacje i rekonwalescencje. Mam siłę, żeby rano wstać i robić mnóstwo tych zwyczajnych rzeczy. Nie przenoszę gór, mam rozstępy, pracuję, mam fałdki, wychowuję, mam szerokie biodra i kościste obojczyki, biegam, pomagam, wycinam, rysuję, śpiewam, piszę, wspieram, jestem też żoną, córką, przyjaciółką. I to wszystko dzięki zasłudze tej niedoskonałej formy – mojego ciała, które gdzieniegdzie ma za mało, gdzieniegdzie za dużo. Codziennie uczę się jak je kochać i opiekować się nim bez wyrządzania mu krzywdy. To nie jest łatwe – tak jak w każdej relacji mamy zgrzyty i czasem niezrozumienie. Ale wierzę, że moje ciało pomoże mi jeszcze nie raz osiągnąć rzeczy potencjalnie niemożliwe.

Dlatego w życzeniach noworocznych życzyłabym każdej kobiecie więcej zrozumienia i miłości dla siebie. To ciało jest tylko i aż formą, która nosi w sobie niesamowite, silne, kochające i utalentowane dusze. To czy mamy duży czy płaski tyłek, brzuch czy uda nie definiuje nas jako ludzi. Nie muszę też chyba dodawać, że to co my widzimy w lustrze najczęściej nie jest spójne z tym, co widzą inni ludzie. Wiem, że wyszedł mi trochę wpis z serii #bodypositive, ale może tak miało być. Zwłaszcza, że zbliża się okres świąteczny i wiem, że niektóre kobiety drżą o to, ile kg więcej pojawi się na wadze przez świąteczne serniczki. Pozwólmy sobie na radość z jedzenia, celebrowanie bliskości z rodziną, a nie zamartwianie się liczbami. W końcu dopiero od 1 stycznia zacznie się „nowy rok, nowa ja”. Niech stare „ja” dobrze się naje, zanim komuś wpadnie do głowy od 1 stycznia być na niepotrzebnej diecie 😉

Cheers!

*Dzieci urodzone metodą cesarskiego cięcia nie obchodzą urodzin, a wybodobyciny, Wszak matka ich nie urodziła, a zostały zeń wydobyte. Logiczne, prawda ?

Niemiłość

Taka to ona. Niezbyt nachalna, przychodzi niespodziewanie. Zagnieżdża się, zapuszcza korzenie. Najpierw jak małe nasionko, wypuszcza cienkie i słabe żyłki pod ziemią, pod skórą tam, gdzie nie widać. Jeszcze nie wiesz, że wyrośnie z tego piękny kwiat. Ale tylko dla Ciebie. Inni mogą powiedzieć, że byle jaki, mdły, bez koloru. Taki zwyczajny. Przy dobrych wiatrach ktoś pozazdrości – ze chociaż coś Ci wyrosło.

Będą mijać dni, tygodnie, lata, a Twoja roślina nie więdnie, nabiera koloru, jak policzki rumieńców przy pierwszych muśnięciach słońca. Pielęgnujesz ją, obiecujesz trwać w słońce i deszcz, i w huraganowy wiatr. Zawsze otwiera liście w Twoją stronę, jakby żywiła się Twoją obecnością.

Wiosna, lato, jesień zima, luty, sierpień, grudzień.  Rok, po roku. Trwacie tak w tej wzajemnej serdeczności, wspieracie się. Twój krwioobieg przesycony zielonym chlorofilem, a w Twojej roślinie w liściach płynie Twoja krew. Symbioza ciał. To nie miłość. Niemiłość – przyjaźń.

Tak to czułam – jakby mi ktoś wyrwał kawałek serca. Rana po utracie przyjaciela nigdy się nie zabliźnia. Mija rok, dwa czy pięć. Niech tylko ktoś poruszy tę czułą strunę, spróbuje zająć to miejsce, spróbuje zapuścić chociaż jeden wątły korzeń. Ale Twoja gleba jest jałowa, dzika i nieprzyjazna. Nic nie chce w niej rosnąc. Warunki jak na obcej planecie. Tylko kto powiedział, że na Marsie nie ma życia? Może po prostu jeszcze go nie widać. Jeszcze go nie rozpoznaliśmy. Jeszcze nie poznaliśmy siebie.

To pierwsze źdźbło trawy wiosną, pierwszy karłowaty przebiśnieg w lutym – daje nadzieję, że nawet w warunkach skrajnie złych niemożliwe staje się możliwe. A przyjaźń będąca cichą obietnicą bycia razem może trwać. Nawet gdy jest źle.

Ja w to nie wierzyłam, ale goździki mi zakwitły w w grudniu. W przymrozkach na tarasie. Mi – tej której kwiatki więdną jeszcze zanim przekroczę z nimi próg mieszkania. Goździki. Zimą. Tak mnie ujęły tą walką, że wzięłam je do domu, mimo, że późnym latem takie biedne i zmarnowane skazałam na unicestwienie przez ostre zęby mrozu.  Wybaczyły mi tę jesienno-zimową banicję i szczerzą się pięknymi, pełnymi pąkami różowych kwiatów.

Najbardziej bolesne w utracie przyjaciela nie jest to, że tracimy przeszłość – mamy przecież wspomnienia. Nie to, że dziś ona czy on nie siedzi obok nas. Przyjaźń to przecież nie bycie nierozłącznym. Najmocniej boli brak wspólnej przyszłości. Wiąże gardło w supeł, a słowa grzęzną w miękkim błocie niewypowiedzianej tęsknoty. Odkrywa się nasza naga i bezbronna słabość.

A Wy? Dacie sobie przyszłość?