Bawimy się już 4 godziny, a minęło dopiero 10 minut !

Znacie to? Siedzicie ze swoim pacholęciem już kolejną godzinę układając wieżę z klocków, rysujecie, malujecie, żonglerka, zabawki, lalki, domki z piasku… radosne chwile w dziecięcym świecie trwają w najlepsze już czwartą godzinę, wtem z niedowierzaniem spoglądacie na zegarek i okazuje się, że bawicie się dopiero 10 minut. Brzmi znajomo? Kto się przyzna? Bo ja tak. Uff, to już mamy za sobą. Przyznaje się bez bicia – nie przepadam za zabawami z dziećmi. Mogę czytać z nimi książeczki, spacerować, czy rysować, ale jak przychodzi mi do budowania hiper wysokiej wieży z klocków, na zmianę z demolowaniem jej i budowaniem od nowa, zabawy lalkami, ciastoliną, czy odgrywanie kolejny raz tych samych scenek, to czas się dla mnie zatrzymuje. Kocham swoje dzieciaki i próbuję im zapewnić różnorodne atrakcje, ale nie lubię tych dziecięcych zabaw samych w sobie. Kamień z serca, bo wiem, że nie jestem jedyna. Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których po spakowaniu dziecku hiper zdrowej, eko-sreko, wege śniadaniówki z komosą i jarmużem, zawiezieniu na 5 dodatkowych zajęć przed i pozalekcyjnych, musimy znaleźć czas i chęci by jeszcze z tej skurczonej do minimum doby, wyłuskać czas i entuzjazm na budowanie z nimi klocków lego i wycinanie ludzików z gazet. Oczywiście powinno to spełniać nasze górnolotne ambicje i zapewniać zdrową umysłową stymulację. Jak na dorosłego człowieka przystało, prawda? No bo jak to tak, ze z własnym dzieckiem się nie lubisz bawić?! Co z Ciebie za wyrodna matka! Czy tam ojciec?!

Narzucamy sobie ogrom obowiązków. Budzimy się rano, wszystko kręci się wokół tego, by każdy wszędzie zdążył na czas. Pobudka w biegu, śniadanie w biegu albo i wcale, ogarnąć dzieciaki, ogarnąć siebie, poodwozić każdego gdzie trzeba i ufff…ale zaraz, zaraz, jakie uff? Przecież my też pracujemy. Więc dawaj w te pędy do roboty. Przy sprzyjających wiatrach można popracować z domu, ale każdemu zdarza się, że jednak czasem trzeba się gdzieś wyrobić na czas. I tak pędzimy z językiem na brodzie przez większą część dnia. Ale nie ma zmiłuj, zamykasz laptopa i w długą po dzieciaki, żeby Ci ich nie odholowali do jakieś społeczno-opiekuńczej przechowalni jak nie zdążysz odebrać ich z przedszkola czy żłobka na czas. Zdążyłaś. Kolejny raz uff. Wszyscy w domu. Zadowoleni i szczęśliwi. Czyżby? Tego nakarmić, tamtego przebrać, ta będzie pić tylko w różowym kubeczku, a druga ma nagle focha na cały świat, BO TAK. Argument koronny. Gdy już ugasisz wszystkie pożary, nastaje rodzinna sielanka. Relatywny spokój, wszyscy zadowoleni, najedzeni, zdążyłaś już posprzątać, ugotować, nastawić pranie, odpisać na zaległe maile z jednym dzieckiem na ręku. I słyszysz to pytanie… „Mamo, a czy pobawisz się ze mną?”.

I z jednej strony radość Cię, rozpiera, dziecko zaprasza Cię do swojego świata, a z drugiej z żalem patrzysz na zegarek i już wiesz, że to kolejny dzień, w którym czas dla siebie znajdziesz może dopiero jak dzieciaki zasną, o ile nie padniesz razem z nimi.

I wiem, że to brzmi jak żalenie się. Już czuję jak niektórzy palą się, żeby tylko napisać, że chciałam, to mam. Dzieci to obowiązek. No pewnie, że chciałam, mam i że to momentami karkołomnie ciężki obowiązek. Ale nie próbujmy sobie wmówić, że wszystko w rodzicielstwie to cud miód, i każdy jego aspekt powinniśmy doceniać, celebrować nawet jeśli przez zaciśnięte zęby.

„Będziesz do tego tęsknić. Zobaczysz jak szybko one dorosną”. Nie, nie będę tęsknić. Wiem, że to zależy od dziecka i od nastawienia rodzica, ale ja czekam z niecierpliwością i ekscytacją na czas, kiedy moje dziewczyny będą odrobinę starsze i bardziej samodzielne, żebym mogła pokazywać im świat, i by mogły z tego czerpać więcej. Nie będę tęsknić do pieluch, nieprzespanych nocy i zabaw lalkami. Może wspomnę to z nostalgią, ale nie róbmy z macierzyństwa jakiejś ścieżki straceńców, w której musimy się podporządkować wszystkiemu, nawet temu co nas męczy, czy nam nie odpowiada. Zawsze chciałam być mamą, i uwielbiam nią być. Są momenty w tej przygodzie, które rozczulają mnie do łez, i na pewno będzie ich jeszcze wiele. Ale bycie rodzicem to nie cel sam w sobie. Ponad macierzyństwem jestem kobietą, człowiekiem z marzeniami i potrzebami. I mimo, ze czasami sama czuje się jak koń po westernie po całym dniu z dzieciakami, to nie czaruję się, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Są dni lepsze i gorsze. Kocham moje dziewczyny na zabój, ale jak one rzeczywiście kiedyś wyfruną z gniazda i nie będę się już nimi opiekować, to nie chcę nagle obudzić się z poczuciem, że kwintesencją mojego życia było macierzyństwo i nic poza tym dla siebie nie mam.

Nie neguję, jeśli ktoś w macierzyństwie czuje się jak ryba w wodzie i obiera sobie za cel życiowy być najlepszym rodzicem. Jeśli to dla Ciebie się sprawdza – super. Ale dla większości, to nie działa, tylko boimy się i wstydzimy przyznać, że rodzicielstwo bywa rozczarowujące. Że poza tymi słodkimi pysiami umazanymi czekoladą, są też godziny płaczu, fochów, rozczarowania i rezygnacji. A już na pewno kolejna godzina lepienia babek z piasku, sprzątania ciastoliny, czy budowania fortecy z foteli to nie jest szczyt marzeń dla większości dorosłych. I to jest okej. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cyborgami. Nie ma sensu próbować być najlepszym rodzicem. Wystarczy być odpowiednio dobrym rodzicem. A miarą tego nie jest ilość Twojego czasu, jaki poświęcasz na zabawę, gdy sam ledwo trzymasz się ze zmęczenia na nogach.

Wyszedł mi z tego kolejny wpis w duchu autoterapii, ale czasy są jakie są, i podążając za klasykiem – koń, jaki jest – każdy widzi. Życzę Wam, byście dali sobie przestrzeń do akceptacji swoich rodzicielskich niedoskonałości, i czerpali przyjemność z tych wspólnych chwil, które dają radość. Rodzicielstwo to nie lukrowane zdjęcia na insta z dziewczynkami odstrojonymi w tiulowe spodniczki, bawiącymi się w pięknych pastelowych pokojach, w których panuje nienaganny porządek. To też nie chłopcy w wyprasowanych eleganckich koszulach z muszką, którzy radośnie puszczają samochodziki po równiutko przystrzyżonym trawniku. Kto ma dzieci, ten się w cyrku nie śmieje, i wie jak wygląda rzeczywistość.

Trzymam za Was kciuki. Jesteście najlepszymi rodzicami. Nawet jeśli nie zebraliście 10 pieczątek za każde 100 godzin spędzone na budowaniu fortecy z klocków 🙂

Cheers!

Photo by me

4 myśli w temacie “Bawimy się już 4 godziny, a minęło dopiero 10 minut !

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: