Nie dążę do celu.

Tak. Powiedzmy to sobie głośno. I nie, żebym miała coś przeciwko wyznaczaniu sobie celów krótkoterminowych, w stylu – nauczę się języka, przeczytam 50 książek w rok, czy schudnę w styczniu, by w lutym ze zdwojoną siłą jojo wrócić, albo i podwoić wagę wyjściową. Co to, to nie. Cele krótkoterminowe są super. Ja np. w ramach takich szybkich zwycięstw planuję pobudkę o 6 rano (moi dzielni kibice, czytaj – dzieci – wytrwale mnie w tym celu wspierają). Czasem nawet poprawiam wynik i jestem na nogach od 5. A co! Kto rano wstaje temu nikt nic nie daje, ale warto próbować. Lubię też np. zaplanować sobie, że nic nie pójdzie zgodnie z planem i to w perspektywie długo i krótkoterminowej również. Taki cel osiągam z efektywnością rzędu 100%. Słabo?

A tak zupełnie serio, to osiągnęłam wewnętrzne zen poprzez właśnie nieplanowanie niczego 🙂 Trochę mi to zajęło! Nie powiem, że nie. I przez bardzo długi czas takie planowanie budziło we mnie frustrację. Muszę zrobić to, osiągnąć to czy tamto, w sferze koleżeńskiej, służbowej, rodzicielskiej czy partnerskiej. Zawsze gdzieś na końcu drogi błyszczała mi perspektywa osiągnięcia w każdej z tych dziedzin jakiegoś konkretnego, zmaterializowanego celu, albo chociaż uczucia jakie miało się we mnie pojawić. Jakieś spełnienie, czy tam cokolwiek. Wiecie – jak człowiek zje pizzę, to niby jej już nie ma, ale to ciepełko z brzuszka, ten ser ciągnący się w żyłach zamiast krwi. Mmm… No uczucie nie do podrobienia, prawda? Wiec generalnie takiej, bądź podobnej ekstazy oczekiwałam od każdego życiowego przedsięwzięcia.

Wszystko chciałam zamknąć w idealne pudełeczko, obwiązane wstążką, żeby móc sobie pokazać i udowodnić, co umiem, do czego jestem zdolna. I to jest utopia. Tak się nie da. Większość tego, co nam się w życiu przydarza, to nie wynik naszych wysublimowanych i pięknie wyrysowanych planów, tylko przypadek. Zrządzenie losu, bądź od tego losu prztyczek w nos.

Wiem, że życie bez celu jest…jałowe. I to nie znaczy, że nie mam marzeń. Oj, mam! I to jakie! Ale to są marzenia, do których dążę nakładem większego lub mniejszego wysiłku, ale nie uzależniam swojej życiowej satysfakcji od spełnienia każdego z nich. Z jednych rezygnuję, a na ich miejsce pojawiają się nowe. Nauczyłam się zaakceptować ten życiowy bałagan, i nie biegnę do mety, na której jest aplauz i owacje na stojąco. Tak jest o wiele łatwiej. Robię co mogę, żeby w życiu mieć to, co lubię. Przyznaję się otwarcie, że jestem hedonistką. Może to cel sam w sobie? Może dzięki temu, zrezygnowałam z przekładania ambicji ponad własny dobrostan. Nie musze niczego nikomu udowadniać, ani już nawet sobie.

Borze szumiący! Gdyby tylko ktoś mi to powiedział 10 lat temu! Że nie ma mety, na której osiągnę jakieś mistyczne katharsis, przybiję sobie piątkę i pogratuluję osiągniecia wszystkich celów. Brawo ja, i te sprawy. Najlepsze jest to, że pomimo wszystkich codziennych mikro-porażek i rezygnacji z niektórych planów, mogę sobie każdego dnia i tak przybić piątkę, bo wreszcie żyję dla siebie i próbuję się cieszyć z tego co mam tu i teraz. To oczywiście nie tak, że rzygam tęczą jak uda mi się nie rozlać porannej kawy, ale przynajmniej umiem się cieszyć gdy wypijam ją jeszcze wtedy, gdy w smaku ma cokolwiek wspólnego z kawą i jej temperatura jest nieco wyższa niż stojącej obok butelki mineralnej 🙂 Takie małe radości! Nie biegam z kwiatkami we włosach i nie śpiewam jakie życie jest piękne. Ale nie katuję się nierealną wizją przedstawienia, gdzie na końcu wszyscy się kłaniają, opada kurtyna, widownia bije brawo, a śmiechom nie ma końca.

Celebruję to co jest, nawet jeśli dalekie od ideału. Lubię wspomnienia, ale nimi nie żyję, mam marzenia i je snuję, ale żyję tym co mam, i tym kim jestem teraz. Akceptuję chaos i niedoskonałość. Zdrowie i chorobę. Radość i smutek. Sukces i porażkę. Miłość i nienawiść. Tęsknotę i oczekiwanie. Spełnienie i żal. Przyjaciół i niespełnione obietnice. To do mnie przychodzi i biorę to w całości. I jedyne czego żałuję, to lat zmarnowanych na gonienie za nieokreślonym ideałem.

Odpuść. Sobie i innym.

Cheers!

Photo by lehandross on Pexels.com

One thought on “Nie dążę do celu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: