Wdech, wydech…

Rollercoaster.

Budzę się wcześnie rano. Czy 6:00 to rano? W porównaniu, do jeszcze nie tak dawnych, powitań słońca o 3:50? Niech będzie. Budzimy się, wstajemy wszyscy na raz. Nie ma litości, nie ma zmiłuj, nie ma, że jeszcze minutka. Ten dziecięcy jęk i pisk niczym budzik wyrywa mnie z porannego letargu. Nie ma czasu na rozrzewnienie i powolne sączenie porannej kawki.

Zaczyna się.

„Zgaś to światło! Raaaaziiii !”

„Nie będę jeść gofra, przecież mówiłam że chcę tosta ! Mamoooo, daj gofra!”

„Mamo, ja też chcę kawę !”

„Płateczki! Mleko!”

„Błebłebłę, aaaaaa mamaaaa!”

I tak brniemy przez ten relaksujący poranek. Niewiele ma to wspólnego z niegdyś spożywanym śniadaniem na dachu włoskiej restauracyjki. Przy trelu i pięknym akcencie pogodnego Włocha zapraszającego na aromatyczne espresso i crossainta. Jakie espresso? Jaki crossaint? Jeżeli cokolwiek uda się zjeść, to najczęściej zimne, i dalece odbiegające smakiem od założeń.

No nic. Idziemy w to dalej – kiedy już u szczytu porannej rezygnacji i wygranej walce o zjedzenie czegokolwiek bez konieczności sprzątania całej kuchni – idziemy walczyć o byt przy szafie. Ubieranie. Znacie to? Na pewno znacie.

„Ja chcę dziś spódniczkę.”

Co z tego, że jest -5*C i na zewnątrz pizga złem. I zimnem. Spódniczka, tiulowa…jego mać.

„Ja chcę warkoczyk, albo 5 !” Co z tego, ze włosów starczy ledwo na jeden? I wszystkie spinki nałóż, droga mamo. Wszystkie 50 sztuk.

Po umownym rozejmie przy szafie z ciuchami, walka przenosi się do łazienki.

„Ja chcę inną pastę do zębów.”

„Ja sama, ja sama, ja sama!”

OK, zęby umyte, włosy zrobione. Dziecko gotowe by wyfrunąć do przedszkola! Juhuu.

Ale nie tak łatwo, moi kochani. Przed wyjściem trzeba jeszcze dobrać buty, czapkę, szalik, rękawiczki…i módlmy się, by nie akurat te, które ma już na sobie druga poczwarka, lub te które zaginęły w czeluściach garderoby. Lub te, które leżą pod fotelem w samochodzie, razem z innymi skarbami, typu flipsy, kartonik po soku, książeczka i skarpetki. I właściwie wszystko czego szukasz, ale nie wiesz gdzie się podziało.

Młodsza na szczęście jeszcze nie dyskutuje. Ona po prostu bardzo aktywnie, werbalnie za pomocą wyrazów dźwiękonaśladowczych komunikuje swoje niezadowolenie. I to jest, uwierzcie mi, bardzo delikatne określenie. To jest momentami niemalże koncert heavy metalowy. A ja jestem jedynym słuchaczem tego występu. Pierwszy fan, na miejscu VIP.

Uff. Wychodzą. Po godzinie lub dwóch nerwówki i sprintu do mety, jaką jest próg domu w drodze do przedszkola/żłobka.

Zastanawialiśmy się ostatnio, jak to jest możliwe że ludzie świadomie decydują się na macierzyństwo. Wiadomo – pierwsze dziecko to los na loterii, ale przy drugim to już człowiek zasadniczo wie o co chodzi, i jeśli pierworodna, bądź dziedzic rodu przeczołgał rodziców odpowiednio, to przecież nikt normalny nie zdecydowałby się na drugie dziecko. Prawda? No niezupełnie. Jak widać, ludzie popełniają w kółko te same błędy 🙂 To oczywiście żart.

Chciałam Wam tylko pokazać, drogie mamy i tatusiowie, że nie tylko Wy codziennie walczycie. Nie tylko Wy rozkładacie ręce i czujecie rezygnację. Nie tylko Ty, mamo, płaczesz czasem z bezsilności. Nie tylko Ty, Tato, zagryzasz wargi z nerwów. Nie tylko Ty zasypiasz czytając trzecią, piątą i dziesiątą bajeczkę na dobranoc. Zasypiając wcześniej niż słuchacz.

Ja wiem, że niektóre dzieci są złote, a ich kupki nie śmierdzą. To oczywiste. To te same dzieci, które od urodzenia pięknie śpią, o pierwszych ząbkach informują pełnymi zdaniami, a dodatkowo omijają etap buntu. Wiemy, ze te dzieci gdzieś istnieją. W jakiejś równoległej czasoprzestrzeni.

Piszę o prawdziwych dzieciach. Tych, które czasem budzą się naburmuszone, które nie chcą zjeść tego co gotowaliście przez pół dnia. Tych, które codziennie chcą wyglądać jak na rewii mody. Tych, które tupią i na środku marketu kłądą się w spazmach między regałami, krzycząc o KinderJajko lub coś innego. Wstaw dowolne.

Kiedyś patrzyłabym na nie jak na te „niegrzeczne”. Teraz widze to inaczej. I tulę w myślach każdego rodzica, w którym kumulują się te wszystkie emocje, i te spojrzenia błagające o zrozumienie.

To nie Wasza wina. To nie wina Waszych dzieci. To niczyja wina. Tak po prostu jest. A po każdej burzy, przychodzi słońce.

Doświadczenie może mam nieduże, ale to czego do tej pory nauczyło mnie macierzyństwo – wszystko mija. Problemy ze snem, dziwne nawyki, że je za mało, że je za dużo, że krzyczy, płacze. Wcześniej, czy później.

Wszystko mija.

I przychodzi wieczór. I chwila spokoju. A my zamiast odpocząć…przeglądamy czasem zdjęcia dzieciaków zrobione za dnia. Tych samych, przez które jeszcze godzinę temu mieliśmy ochotę wyjść i nie wracać. Tych samych, które doprowadzają nasze skołatane emocje do kondensacji na policzkach. Czasem ze szczęścia, czasem z troski i bezsilności.

Ale nie zamieniłabym tego, na nic innego. I wiem, ze Ty też.

Photo by David Garrison on Pexels.com


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: