Tobie to już nie wypada…

Masz tyle, a tyle lat, jesteś matką, żoną, pracownikiem. Dorosłość/odpowiedzialność wjechały na pełnej – wiec generalnie, to musisz widzieć, że pewnych rzeczy, to Ci nie wypada…

Ale czego nie wypada?

copyright agataniegotuje.com

Nie wypada nosić kolorowych ciuchów, luźnych bluz, krótkich spódniczek, trampek czy adików. Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo będzie zbyt kolorowo, zbyt krótko, zbyt młodzieżowo, zbyt infantylnie – no nie pasuje. Dorosłym to nie pasuje! Przecież już dziś powinnam przywdziać garsonkę, tudzież jakiś lniany wór, żeby sprostać wszystkim „dojrzałym” oczekiwaniom, co do pełnionej roli i być wystarczająca, by zasłużyć na szeroko rozumianą akceptację, albo chociaż jakiś jej substytut.


Nie wypada słuchać takiej, a takiej muzyki. Teraz to już tylko jazz, muzyka klasyczna i Radio Złote przeboje. Wszystkie wyżej wymienione lubię. Ale dlaczego nie słuchać wszystkiego? Wszystkiego co nam się podoba? Bo nie wypada. A nawet jeśli w zaciszu domowym słuchasz młodszego od siebie o 15 lat artysty, to się nie przyznasz. Bo nie wypada…

Nie wypada mieć kolczyków ani tatuaży, bo przecież musisz dawać przykład dzieciom, a poza tym to niepoważne. Really? Czy to jest ZŁY przykład? Jeśli moje Panny kiedyś zaczną ten temat, to wolę pójść z nimi do salonu gdzie będą mogły zrobić kolczyk czy tatuaż bez zagrożenia zdrowia, ale tez tak, aby za 5 lat nie musiały robić coveru tatuażu wydziabanego po taniości, który miał wyglądać jak motylek, a skończył jak chrabąszcz po przejściach. Zabranianie im tego byłoby niemierzalnym kalibrem hipokryzji. Ale anyway – i tak nie wypada.

Nie wypada mieć kolorowych włosów, warkoczyków, dredów czy tam czegokolwiek. Najlepiej zlać sie z tłumem i czasem nie próbować nawet odrobine odstawać, bo nie daj buk pojawi Ci się w tej kolorowej głowie pomysł jakiejś rebelii. Na co to komu? Same problemy. A poza tym nie wypada – jak Ty będziesz wyglądać przy mężu? Taka jakaś niepoważna..

Nie wypada jechać nigdzie bez dzieci, a już bez dzieci i partnera to nawet nie myśl (no chyba, że do biedry po zapasy). Jak to? Swoje bombelki zostawić? Faceta? Nie kochasz pewnie. Taka egoistka, co tylko o sobie myśli. Zamiast od rana do wieczora tańczyć na mopie, żonglować wyciąganymi z piekarnika pachnącymi szarlotkami na zmianę z orkiszowym chlebem, starać się być idealnym rodzicem, opiekunką, partnerką, to Ty śmiesz myśleć o chwili dla siebie! Bezczelna, phi!

Serio, chciałabym poznać chociaż jedną osobę w analogicznej sytuacji życiowej, która nie chce czasem spędzić czasu z dala od rodziny, w innym gronie. To jest dobre, zdrowe i rozwojowe. Pozwala naładować baterie i odzyskać perspektywę. Ba – może nawet zatęsknić?! Ale wszędobylskie panny Dulskie zawsze będą wiedzieć, co jest dla Ciebie lepsze. A każdy dziaders znajdzie powód, żeby powiedzieć, ze Ci się w dupie poprzewracało.

Nie wypada Ci założyć dwuczęściowego stroju kąpielowego prezentując dumnie (lub ze strachem) brzuch, na którym widać 3 ciąże. Rozstępy, wiotka skora. Co ludzie powiedzą? Jeszcze ktoś się skrzywi lub oburzy, albo co gorsza – jakieś piękne panny, tudzież młodzi chłopcy wzdrygną się na ten widok. Taki niezbyt idealny, jakby nie bardzo z żurnala. Obchodzi Cię to? Zależy Ci na nich? No nie. A nawet jeśli – to tylko i wyłącznie Twoje ciało. I tak trzeba zdać sobie sprawę, ze to tylko powidok, jakiś zlepek tkanek, który tworzy nasze cielesne „ja”. Załóż to, co Ci się podoba, a nie co ma podobać się innym. Z resztą – w ogóle skąd się bierze durne przekonanie, że cokolwiek zrobimy/nałożymy ma służyć temu, żeby się komuś podobać, albo być chociaż zaakceptowanym… why, why, why?!

Nie wypada kupić czegoś dla siebie, bo przecież dzieci tak szybko rosną, i ciągle ich potrzeby są na 1-wszym miejscu… nie wypada zainwestować w siebie, w swoje samopoczucie czy rozwój.
I później-  za te +/- 15-20 lat – obudzisz się z gorzką świadomością, że dzieci całkiem zgrabnie radzą sobie bez Ciebie, i nikt już nie pamięta jak oddałaś wszystkie swoje ambicje i marzenia na przechowanie i przeczekanie. Na kiedyś, na lepsze czasy, na więcej czasu. I okaże się, że nie masz niczego dla siebie, żadnych zainteresowań, pasji ani nawet wspomnień, w których nie ma dzieci i rodziny. I nie zrozumcie mnie źle – rodzicielstwo jest cudowne, ale żeby zatracić siebie?

Tylko wtedy nie będzie już wypadało narzekać. W końcu miałaś tyle lat, żeby cos zmienić. Hm?
Życzę Wam, żebyście bezczelnie korzystały z prawa do robienia/noszenia/mówienia tego, co Wam w duszy gra. Tego jeszcze nikt nie zabronił, a w ogólnym rozrachunku – co Cię obchodzi, co osoby postronne powiedzą czy pomyślą? To wyzwala, spróbuj ♡

Czy wy też całe życie źle…

ściągaliście książki z półek?

Bo ­­­­­okazuje się, że ja tak. A śmiałość, by mnie o tym przekonać, miał jakiś randomowy influenser na tiktoku, czy innych reelsach. Mniejsza z tym. Ale rozumiecie o co chodzi? Może scrollowanie sociali, to nie jest zbyt górnolotna rozrywka, ale człowiek czasem tego potrzebuje, i wiem, że większość z Was to robi. Takie grzeszne, bezsensowne przyjemności jak chipsy z colą ❤

No ale do sedna – scrolluje te płody mądrości i nagle niczym grom w raju z nieba, z ekranu smartfona złowieszczy głos, pytający niemalże retorycznie – „Czy wy też całe życie źle ściągaliście książki z półki?”. Myślę sobie…WTF? Pytanie już w zamyśle jest podchwytliwe, więc łykam to jak pelikan i oglądam dalej – po krótkiej wizualno-werbalnej treści okazuje się, że nie powinno się łapać za grzbiet… tylko najpierw wepchnąć głębiej dwie sąsiednie książki, i tą która zostanie po środku delikatnie złapać najlepiej oburącz 😀 i wyciągnąć bez naruszania grzbietu.

Dobra…myślę sobie – a co jeśli wszystkie książki są na styk dociśnięte do tylnej ściany szafki? I tych dwóch sąsiadujących książek nie da się wepchnąć jeszcze głębiej, żeby środkową wyjąć bez uszczerbku?! Borze szumiący, i mój mózg galopuje w tym kierunku. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi… czujecie to? Bo ja też nie.

W ogóle, może to już starość, albo ten kontent w socialach coraz głupszy, ale to akurat losowy przykład. Myślę, że im dalej w las tym gorzej. Tego jest znacznie więcej i codziennie zewsząd jesteśmy bombardowani informacjami co robimy źle, i jak możemy to zmienić. O ile jeszcze instrukcje jak rzucić palenie czy plewić grządki ma jakieś znaczenie, o tyle… instrukcje jak dobrze wyciągać książki, czy też jak prawidłowo otwierać lodówkę mrożą mi krew w żyłach. Aaaarghhhh, gdzie ja jestem?

Z tejże lodówki jeszcze na dodatek wyskoczy Tokarczuk, i powie, że oprócz tego, że źle wyciągam książki z półek, to jeszcze czytelnictwo nie dla idiotów, wszakże tylko elita powinna sięgać po księgozbiory. Bo szanowni Państwo, zapewne słyszeliście jaka inba rozkręciła się, po tym jak nasza szanowna Noblistka uznała, że do czytelnictwa godzi się zabierać wyłącznie osobom o określonej wrażliwości i rozeznaniu w literaturze. I aby te jej książki nie szły pod strzechy… Ja się pytam – to kto ma je czytać? Bo w naszej cudnej Polszy, jak już ludziom powiesz, że są zbyt durni nawet na to, żeby czytać literaturę Tokarczuk, to co im zostanie? Tiktok, insta i FB. W porywach Twitter.

I tu też się dowiedziałam, że coś robię źle, bo o ile pod strzechą nie mieszkam, i dla książek mam w serduszku specjalne miejsce, o tyle wszystkie próby czytania twórczości wyżej wymienionej Pani skończyły się fiaskiem. Nie było katharsis, nie było uniesień. Rozumiem, przekaz, rozumiem dobór słów, rozumiem nawet zachwyty (chociaż nie podzielam). Ale jestem głęboko rozczarowana, że nawet taka osoba jak ona, mająca inteligencję i zasięgi – przekazuje taki flow, że jak jej nie rozumiesz i nie lubisz, to jesteś dzięcioł spod strzechy. A spróbuj w towarzystwie rzucić, że te zachwyty, to może przesadzone…lincz jak nic, ostatecznie jakiś ostracyzm społeczny. Takie tam, drobiazgi.

I właściwie gdzie nie spojrzeć, tam mamy kolejną ekskluzywną strefę jedynego-właściwego-sposobu-robienia-czegokolwiek. Bo książki można wyciągać tylko w sposób x, a jeśli czytelnictwo to tylko takie z katalogu y. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Gdzie różnorodność? Normalność? Dorzućmy do tego wszystkie tutoriale jak dobrze stać, chodzić, gotować, pracować (ale żeby się nie przepracować!), opiekować się dziećmi, stymulować, ale nie przestymulować, jak zachować i utrzymać relacje itp. itd. I mamy idealny przepis na nerwicę i zaburzenia behawioralne u zdrowych ludzi, bo jak się tak zastanowić, to jest spora szansa, że może krzywo stawiasz stopy albo źle układasz palce trzymając smartfona. Who knows?!

Ale, żeby ten cierpki przekaz nie pozostał z Wami na pożegnanie, to dodam, że mam świadomość, że na socialach można znaleźć mnóstwo wartościowych treści dopasowanych do zainteresowań i nastroju. Ja to wszystko wiem… tylko po co ta reszta? 🙂 Tylko dla zasięgów i fejmu? Niech mi to ktoś wytłumaczy, bo nie zasnę!

BEZRADNIK PRZEPROWADZKOWY

Ostatnimi czasy miałam przyjemność wziąć udział w karkołomnym przedsięwzięciu polegającym na zmianie miejsca zamieszkania wraz z całym dobytkiem materialnym i stadnym, czyt. rodzina 2+2. Jako, że przerzut na dystans circa 230km odbył się już kilka tygodni temu, to gdy kurz, emocje i kartony opadły, jestem gotowa podzielić się swoimi przemyśleniami na temat samej przeprowadzki. Nie ma za co 🤗🤡🏠

️1. Nie wybieraj na przeprowadzkę najbardziej gorącego dnia w sezonie. Trust me, stosy kartonów i pot lejący się tam gdzie ja nawet nie. Ogólnie znam przyjemniejsze zajęcia w takie dni…🏖 🏝 🌞

2. Przed przerzutem upewnij się, że w Twoim niezawodnym samochodzie nic się nie zepsuło…i oby to nie była klimatyzacja w niedzielę, gdy przeprowadzkę masz zaplanowaną na poniedziałek (przypominam, że przypadkowo ów poniedziałek zapowiada się jako najgorętszy dzień bieżącego roku 🥵).

3. Na pewno masz za mało kartonów. Choćby skały robiły brzydkie rzeczy, to na pewno masz za mało kartonów. I nie wierz, jeśli ktoś Ci powie, że spakujesz kuchnie w 5 kartonów. W 5 kartonów to możesz schować ale pomysł spakowania kuchni w mniej niż 10 pudeł. Been there, done that. (a osoba, która mówi, ze jest inaczej to jakiś podstępny troll!).

4. Już mówiłam – masz za mało kartonów. Powtarzaj to jak mantrę.

5. W trakcie pakowania, które trwa już 2-3 dni stracisz sentyment do każdego ciucha, z którym nie widziałeś/łaś się przez ostatni rok. Po prostu nie będzie Ci się chciało przewozić i rozpakowywać ich w nowym miejscu. To akurat jest super opcja na odchudzenie szafy i bolesną samoświadomość, że mimo iż wydaje Ci się, że nie kolekcjonujesz rzeczy to jednak… ta kiecka sprzed 5 lat się nie wybroni 🙂

6. Nie pakuj pokoju dziecięcego w obecności małych belzebubów. Porażka tej inicjatywy odbywa się już przy pierwszej zabawce odłożonej na stertę „do oddania”. Nawet jeśli to plastikowy widelec przyniesiony nie wiadomo skąd, ale wiesz ze nie pochodzi z Twojego dobytku, a już na pewno wiesz że służył do wszystkiego tylko nie do jedzenia.

7. Weź rozwód. Serio, lepiej przed niż po, będzie mniej rzeczy do przewiezienia 😆 Przeprowadzka do innego miasta z dwójką dzieci jest jak Squid Game w dorosłym życiu. To się nie może udać, a jeśli już się dokonało, to kończysz tak pokiereszowany psychicznie, że żaden widok z okna Ci tego nie zrekompensuje.

8. Zastanów się 3 razy zanim zabierzesz coś, czego na pewno nie użyjesz. Vide – drążek do podciągania, którego nie masz gdzie zamontować albo ozdoby, które w trakcie demontażu zostawiają więcej zniszczeń niż wrażeń wizualnych.

9. Odwiedź siłownie jakieś 2 miesiące przed przeprowadzką. I nie po to, żeby zrobić sobie tam selfie. Lepsze będzie na stosie kartonów. Ale idź na tę siłkę, nawet jeśli planujesz przekazać spory datek na firmę przeprowadzkową i silnorękich panów, którzy przerzucą Twój dobytek do busa. Zanim oni to zrobią, to Ty schylisz się i zrobisz martwy ciąg za wszystkie lata, w których nie wiedziałeś że coś takiego istnieje, i za kilka kolejnych. Jeśli nie chcesz skończyć na ortopedii – trening wskazany 💪

10. Przemyśl tę przeprowadzkę…dwa razy, albo i trzy 😇

Photo by cottonbro on Pexels.com

Przyjaźń? Że co?

Pamiętacie jak łatwo nawiązywało się przyjaźnie w okresie dziecięcym? Dzieci w istocie są szczere i dobre. Dlatego te relacje są takie naturalne, nie podszyte żadnym ukrytym motywem, zyskaniem czegokolwiek. Ot tyle – świetnie mi z Tobą, zaprzyjaźnimy się?


Skąd w ogóle dzieci wiedzą z kim się zaprzyjaźnić, a z kim nie? To tez jest naturalne! Jeśli czyjeś towarzystwo nas uskrzydla, możemy na kimś polegać i działa to w dwie strony… wydaje się to być umiejętność zupełnie naturalna i pozwalająca przetrwać. Zazdroszczę mojej starszej córce, która bez cienia zawahania podchodzi do obcych dzieci i zupełnie bez stresu wchodzi z nimi w interakcje. Za chwilę razem biegają i rozrabiają. Ja oczywiście mam już w głowie pięć czarnych scenariuszy – przecież ktoś może powiedzieć jej coś niemiłego, wyśmiać, oszukać, wystawić, a już najgorzej – zepsuć zamek z piasku. Ale biorę pięć głębokich wdechów i myślę sobie – stara wyluzuj, masz fobię społeczną! 😛 A tak szczerze, to staram się nie robić jej projekcji swoich własnych lęków, chociaż wiem, że zapewne nie uchronię jej przed wszystkim.

Generalnie jak wiadomo, człowiek jest istotą społeczną i o ile nie jest w żaden sposób psychospołecznie rozregulowany lub dotknięty jakimś zaburzeniem, to relacje z drugim człowiekiem są niezbędne do regulacji procesów nerwowych, zdrowotnych i hormonalnych. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wiele robią dla nas endorfiny, serotonina i dopamina które w rożnym natężeniu są wytwarzane pod wpływem pozytywnych kontaktów z dobrymi dla nas ludźmi.

Ale co ze znajomościami i przyjaźniami po okresie szkoły, czy już nawet studiów? Tu, już jak na pewno wiecie, sprawa wcale nie jest taka łatwa. Dlaczego? Bo z wiekiem zatracamy dziecięcą naturalność, spontaniczność i szczerość. Chociaż wydaje się nam, że coś tam pozostało…nope. Instynktów nie oszukasz, one niestety grają na nasza niekorzyść i zamiast wpaść w nową relację niczym przysłowiowa kuna w agrest, to zwiewamy gdzie pieprz rośnie. Nabywamy coraz to więcej lęków, jesteśmy doświadczani przez życie wieloma stratami i rozczarowaniami. Wszystko to przekłada się na naszą nieufność wobec intencji innych osób w stosunku do nas. A nawet jeśli intencje są dobre, to przecież zawsze coś może pójść nie tak. Ale najważniejsze…jesteśmy zwykle tak zajęci systemem dom/praca/obowiązki, że na pielęgnowanie bliskich relacji najzwyczajniej nie mamy czasu. A przyjaźń wymaga cierpliwości, wytrwałości i czasu.
Czy to jest łatwe? Długotrwałe? Solidne?
I tu wracamy do punktu wyjścia – wszystko zależy od tego jak dużo samych siebie włożymy w relację z drugą osobą.

Poza tym jak wiadomo najwięcej o drugim człowieku możemy się dowiedzieć gdy przechodzi jakieś trudności. Ale tez o sobie wtedy dowiadujemy się najwięcej. Jak reagujemy gdy bliska osoba ma swoje smutki i kryzysy? Jak się z tym czujemy? Uciekam? Zostaję?

Parafrazując – ciężko nawiązać szczere i długotrwałe przyjaźnie gdy się jest po 30-stce 🙂 ale! Przy odrobinie wysiłku nie jest to niemożliwe. Chociaż nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że to łatwe i przyjemne. Z wiekiem mamy coraz więcej skrzywień, zboczeń i uprzedzeń więc jest całkiem spora szansa…że druga strona też je ma. Nikt nie mówił, że będzie łatwo 🙂

Swoją drogą zawsze przypomina mi się jedna z fajniejszych kwestii z najlepszego serialu wszechczasów:

-Welcome to the real world! It sucks. You’re gonna love it!


Inna sprawa – w obecnym świecie galopującej digitalizacji nasze relacje w dużej mierze przenoszą się do świata wirtualnego. A tu już tak przyzwyczailiśmy się do używania emotek, gifow, memów, że nasza umiejętność rzeczowej, szczerej i prawdziwej komunikacji z żywym człowiekiem twarzą w twarz staje się coraz trudniejsza. Kojarzycie pewnie tekst o kropce nienawiści, kiedy to zamiast uśmiechu na końcu wiadomości ktoś postawi KROPKĘ. Jeżu i borze szumiący – pewnie już mnie nie lubi?! Kuriozum, ale jakie prawdziwe. W sieci możemy wszystko przemyśleć, zastanowić się zanim odpowiemy. Jesteśmy pozbawieni tej naturalnej spontaniczności, intuicyjnych reakcji które budują niepowtarzalne wspomnienia i więzi. Trochę jak pismo obrazkowe i komunikacja w jaskiniach. Ale żeby nie było – sama jestem fanką memów, emotek i gifów. Niech pierwszy rzuci papużką ten, kto nigdy nie wysłał nikomu „Smacznej kawusi” z prezesem. No hellou?!

Trochę ubolewam nad tym spłyceniem i postępującym usztywnieniem relacji w cudnym świecie, który daje nam coraz więcej możliwości, jednocześnie obdzierając nas z umiejętności najbardziej podstawowych i potrzebnych do życia jak tlen ❤ Ale to już chyba domena przekroczenia 30stki. Wiecie, nostalgia i te tematy. Wystarczy, że dostanę kataru i już się zastanawiam nad sensem życia, czego też owocem jest dzisiejszy wpis. Nie od dziś wiadomo, że Katarek i Karetka z jakiegoś powodu składają się z tych samych liter…if you know what I mean…

To teraz hop – do realnego świata. Zaprzyjaźnijcie się z kimś! A co Wam szkodzi? 😉

Jeżeli macie wątpliwości to proszę na YT: Justice – We are your Friends

Photo by Pixabay on Pexels.com



O tym, dlaczego nie może Ci być źle.

Żyjemy  czasach, w których każde złe przeżycie próbuje się zamienić w szansę na rozwój, okno mające nam dać nową perspektywę do wzrostu czy zmian. Pozytywnych oczywiście.

Nieważne co nas spotyka – osobiste dramaty, porażki, smutek, strata czy żałoba – próbuje się nas wkręcić w szaleńczy wir, mający sprawić – w myśl „co cię nie zabije, to cię wzmocni” – że absolutnie każda okropność jaka się nam w życiu przytrafi ma stać się dla nas punktem zwrotnym, zaczepieniem
i motorem napędowym dla dobrych zmian.

Jasne, czasem tak jest. Czasem znajdujemy w takich wydarzeniach sens, i umiemy znaleźć inspirację by coś w swoim życiu zmienić, naprawić, poukładać, zdystansować się. Ale błagam – to jest niewielki odsetek, tym bardziej ten dysonans jest zwiększany przez to, że obecnie oczekuje się od nas czynów co najmniej znamiennych i szukania siły w tragizmie, który nas otacza.

To trochę mechanizm obronny pozwalający nam uwierzyć, że to co nas spotyka ma jakiś większy sens. Odsuwa nasze myśli od przekonania, że w gruncie rzeczy jesteśmy bezradni w stosunku do wielu aspektów naszego życia.

Z powodów osobistych należę do kilku grup wsparcia onkologicznego, i udało mi się ostatnio przeczytać wyznanie jednej z onkologicznych pacjentek – dziękowała ona za to, że spotkał ją rak. To ją odmieniło. Po wyzdrowieniu zmieniła swoje życie i wszystko kończy się happy endem.

Tego się od nas oczekuje – nawet jak spotyka cię największe egzystencjalne guano, jak np. nowotwór – nie poddawaj się! Nie daj się złamać! Walcz! Wiecie co? Bullshit. Nie każda historia ma happy end, nie każdy znajduje siłę do walki. Ale żeby dziękować Bogu (czy jakiejkolwiek innej wyższej sile) za to, że spotyka nas coś takiego? Nope. To już wykracza nieco poza moje racjonalne rozumowanie. Oczywiście z całym szacunkiem dla opisanej bohaterki, bo to musi być heroiczny wyczyn – pokonać chorobę i jeszcze być za nią wdzięcznym.

Inna sprawa, ze jak człowiek zdrowy, to dziękuje Bogu, ale jak choroba nie poddaje się leczeniu, to zazwyczaj winni lekarze. Ot, taki semantyczny paradoks.

Racjonalizowanie dramatów i tragedii w myśl idei ciągłego wzrostu i rozwoju duchowego. Tak to widzę.

Dlaczego nie dajemy sobie prawa do smutku? Bólu? Pretensji? Słabości?

Kiedyś, gdy człowiekowi przydarzał się jakiś dramatyczny wypadek, choroba, strata, smutek – dawano takiej osobie przestrzeń i czas na przeżycie tego. Całe rodziny, bliższe i dalsze opiekowały się taką osobą, zapewniając jej możliwość do zdrowego przeżycia większości emocji, nawet tych trudnych. Poskładania się w całość, bo nie oszukujmy się, ale niejednokrotnie właśnie tacy jesteśmy – rozpruci, rozsypani, rozszarpani.

Świat zaś, aktualnie daje nam dwie opcje – mamy albo uznać, że życiowa drama to szansa do wzrostu, albo hej – jeżeli nie radzisz sobie – spokojnie, zaraz znajdziemy dla ciebie bardziej lub mniej farmakologiczną metodę na poprawę Twojego stanu. Tak, abyś w miarę szybko mógł/mogła wrócić na swoje miejsce, i robić to co do ciebie należy bez utraty dla krajowego PKB.

A gdzie w tym wszystkim miejsce na osławione „przepracowywanie” traum? Nie bez powodu ujmuję to w cudzysłów, bo nie wszystko da się przepracować, i nie wszystko będzie miało jednostronnie pozytywny rezultat. Czasem po prostu jest źle. A my robimy wszystko, żeby się od tego odsunąć, uznać, że to tylko przeszkoda do pokonania, sygnał do zmiany na lepsze. Dajemy sobie wmówić, że nasz stan, jakkolwiek zły by nie był – albo możemy sami z niego wyjść, oczywiście najlepiej cali na biało, albo dostaniemy na to odpowiedni medykament.

Co najmniej, jak gdybyśmy byli nieśmiertelni.

Photo by Ryanniel Masucol on Pexels.com

Pa, Mamo

Kiedy publikowałam ostatni wpis (całkiem dawno, bo w kwietniu…), przez myśl nie przeszłoby mi, że moje życie zmieni się tak diametralnie w ciągu kilku następujących tygodni. Aczkolwiek już wtedy wiedzieliśmy, że mama jest chora. Jak to mówią – rak nie wybiera.

O chorobie dowiedzieliśmy się w lutym. Szybka diagnoza – nowotwór piersi. To nie będzie wpis o szczegółach choroby, jej przebiegu i leczeniu. To jest subiektywny opis moich odczuć, jako kobiety i córki, ale także mamy małych dziewczynek.

Jak już wspomniałam – diagnoza pojawiła się w lutym. Wtedy też w pełnej krasie ujrzeliśmy jak działa system leczenia pacjentów onkologicznych w naszym kraju. Ale to jest temat na oddzielny wpis. Pozwolę sobie tylko nisko ukłonić się każdemu, kto kiedykolwiek musiał przez to przechodzić. Po pierwsze ze względu na chorobę, po drugie z uwagi na to jak system kuleje, i jak wiele osób nie otrzymuje odpowiedniego leczenia. Na czas.

Czas, jak wiemy, jest kluczowy. Dla mojej mamy również taki był. Choroba rozprzestrzeniła się błyskawicznie i zabrała mamę po 4 miesiącach od diagnozy. Po prostu już nic nie dało się zrobić. Pierwsze dni czerwca pamiętam doskonale. Dzień po dniu, chwila po chwili, ostatnia rozmowa. Spodziewałam się telefonu ze szpitala, ale do ostatnich sekund to było częściowo nierealne. Nikt o zdrowych zmysłach nie jest gotowy na takie wiadomości, na taką stratę.

Nie będę próbować nawet opisać jak wielki smutek i żal przynosi śmierć bliskiej osoby. To jest nie do opisania. Ludzki język i ubogość formy nie pozwala na przekazanie choćby namiastki bólu.

Jestem córką, ale też kobietą i matką. Zawsze drżałam słysząc o tym jakie żniwo zbiera nowotwór piersi. Jakkolwiek nigdy w najgorszych koszmarach nie sądziłam, że dotknie to najbliższą mi osobę. I doprowadzi do jej śmierci. Niewiele jest w życiu takich momentów, w których literalnie świat rozsypuje się w drobny mak. To był dla mnie taki moment.

Jako córka straciłam Mamę.

Jako kobieta uświadomiłam sobie, że to mogę być też ja.

Jako matka…sami wiecie. Zrobię wszystko, żeby dbać o zdrowie swoich dzieci, ale nie na wszystko mogę mieć wpływ.

Dziś jest pierwszy dzień jesieni. Moja ulubiona pora roku. Pierwszy raz bez Mamy. Wiem, że zasadniczo pierwszy rok żałoby jest najgorszy, bo każdy dzień przeżywamy niejako po raz pierwszy. Bez tej osoby. Pierwsze wakacje, pierwsze święta itd. Za każdym razem czuję bolesny uścisk w żołądku, że to nie jest zły sen.

Wiem, że nie można w żaden sposób odżałować takiej straty. Wiem, że choćby świat zaczął kręcić się w drugą stronę, to nie znajdę nigdy przeciwwagi, do tego co się wydarzyło.

Jedyne co przyszło mi do głowy, że być może ktokolwiek to przeczyta, spróbuje uzmysłowić sobie jak cenne jest zdrowie. Jak musimy o nie dbać. O bliskich.

To co najlepszego możecie dla siebie zrobić to pójść na badania.

Marzę, aby chociaż jedna osoba umówiła się na profilaktyczne badanie piersi w rezultacie tego co przydarzyło się mojej mamie, i co mogłam tutaj opisać.

Wiem, że drastyczne wpisy, pełne patosu, żalu płynącego ze straty nie przyniosą raczej niczego dobrego. Ale może chociaż to? Może namówisz swoją mamę, siostrę, babcię, córkę, ciotkę, sąsiadkę czy przyjaciółkę by poszła się zbadać?

Albo tatę, brata, męża lub kumpla? Panowie, Was też to dotyczy!

Znaczna część nowotworów piersi (ale też prostaty i wielu innych) we wczesnym stadium jest uleczalna.

Pamiętajcie o tym. A choroba to nie tabu, to nie stygma. Nie bójmy się o tym rozmawiać.

Ale proszę, wybierzcie się do lekarza :*

Ściskam Was najmocniej.

A.

Photo by thevibrantmachine on Pexels.com

Mam dość, a Ty ?

Jak tam Wasz lockdownik? Pewnie tak samo jak ja nie nadrobiliście jeszcze wszystkich zaległych książek, nie zrobiliście porządków w garderobie, nie oprawiliście w ramki tych zdjęć, które to czekają już od pół roku patrząc na Was z wyrzutem za każdym razem, gdy spoglądacie na ich stertę na biurku ?

Wypadałoby też wspomnieć o tym – jak tam forma? Te biegi, sprinty, przysiady i TikTok’owe wyzwania w stylu 30 dni na ekstra tyłek. Forma oczywiście jest, i to nie byle jaka – taka mniej więcej w kształcie pączka.

To było mniej więcej tak – rok temu na początku tego covidowego chaosu, zamknięcia, każdemu się wydawało, że to nawet całkiem dobry moment na uporządkowanie wokół siebie spraw, na które nigdy nie ma czasu. Bo siedzimy sobie w domu, bo jest okazja, nie biegamy do biura, ze spotkania na spotkanie. No fajnie. Nie żebym zazdrościła singlom i bezdzietnym parom (ha ha, może odrobinkę), którzy może rzeczywiście mogli ten czas wykorzystać w produktywny sposób, ale – o, losie – czy ktoś w ogóle wziął pod uwagę tych, którym zachciało się prokreacji i powoływania na świat istot, bądź co bądź, zupełnie nie samoobsługowych?!

O ile rok temu miałam do nadrobienia kilka książek, tak teraz, dzięki ogromowi czasu spędzanego z dziećmi w domu na zmianę ze zdalną pracą – mam tych zaległości całą półkę (no bo kto człowiekowi zabroni kompulsywnych zakupów w księgarniach on line?!). Początkowo próbowałam dziewczynom wymyślać co rusz bardziej kreatywne zajęcia – a to wyklejanki, a to malowanki, może planszówki, tańce z instruktorką przez internet, to zajęcia sensoryczne, to edukacyjne…bla bla bla.

Jak wiemy, sielska idylla, która miała trwać miesiąc, ewentualnie dwa, czy tam kwartał – rozciąga się, z przerwami już prawie rok. Gdyby tak utrzymać ten początkowy poziom kreatywności, to myślę, że niejedna z nas miałaby już na koncie co najmniej kilka publikacji, vlogów, ebooków o odkrywczych metodach na zajęcie dzieciom czasu w sposób ponadprzeciętnie nowatorski.

Tylko że…gdzie w tym wszystkim pranie, sprzątanie, gotowanie? Nie zapominając o tym, ze człowiek nie samym machaniem chochlą w garze i jazdą na mopie żyje. Co to, to nie! Czasem matka musi też przypudrować lico, zażyć odżywczej kąpieli w płatkach róż, oddać się masochistycznym uciechom depilacji nóg (tak tak…ten patriarchalny wymóg jakoś nie chce się od nas odczepić..). Dodajmy też małża, konkubina, partnera, partnerkę, z którymi chciałoby się spędzić czasu trochę więcej niż tylko ponad głowami dzieci, przekrzykując się „I tak Cię nie słyszę !” „Ja Ciebie też!”. Pół biedy, jeśli rozmówcy wydawało się, że usłyszał „kocham Cię!”.

Ponad to wszystko, jeśli by się tak zastanowić, to tuż po porannej pobudce, odżywczym śniadaniu (codziennie innym, przecież musi być zdrowo i różnorodnie!), mamy czas na wspólną jogę z dziećmi, medytację, czytanie tylko-mądrych-książek, tylko zdrowe przekąski, tylko edukacyjne, sensoryczne i stymulujące zabawy, wspólne przygotowywanie co najmniej dwudaniowych, pełnowartościowych posiłków. Nie zapominajmy po drodze o kilku spacerach i aktywności fizycznej na świeżym powietrzu, jakże ważnej dla zachowania zdrowia i rześkiego umysłu! Później oczywiście trochę edukacji, literki, cyferki, granie na pianinie, czy też matce na nerwach. Następnie, jak wiadomo tylko zdrowa kolacja, wyciszanie, bajeczki (psi patrol w TV się nie liczy!), masaże, znów jakaś wieczorna medytacja, granie na gongach tybetańskich itd. Wiadomo – dzień jak co dzień. Czyż nie ?

A wtedy wchodzi ona…cała na biało. Rzeczywistość.

Czyli – jeśli tylko uda się otworzyć oczy po nieprzespanej nocy, prawie na czworakach dotrzeć do ekspresu, by zafundować sobie boski napar pozwalający odzyskać chociaż minimum sił – serwujemy płatki, czy tam śmiercionośne białe pieczywo – ktoś ma jeszcze ochotę kłócić się z 4-latką o to co chce zjeść na śniadanie? Nope, nie ja. Ogarnianie domu, dzieci, siebie, spraw bieżących, gdy cała ekipa jest na tak zwanym kwadracie (co nie jest dalekie od prawdy – nieważne ile masz pokoi, większość aktywności odbywa się i tak najbliżej matki – czyli najbliżej kuchni, bo stamtąd wyżej wymieniona persona może najszybciej zafundować jakąś średnio zdrową przekąskę). I nie zrozumcie mnie źle – ja też chce by moje dzieci jadły zdrowo, ale jeśli mam mieć jakąkolwiek ilość czasu dla siebie, to wolę im podać herbatniki, niż stać godzinę w kuchni i kombinować. Czasem – spoko. Nie codziennie 😉

Ja już nawet nie wierzę w te instagramy. Nie ma opcji, by w dziecięcym pokoju był nonstop taki porządek. By matka wyfiokowana od rana z uśmiechem od ucha do ucha szczerzyła się na tle wylizanej na błysk kuchni. No ściema! Chyba, że w nocy nie śpisz, tylko sprzątasz, albo masz gosposię lub nianię.

Te biedne dzieciaki się nudzą w domu. O ile gdy jest fajna pogoda, można w miarę miło spędzić czas, o tyle gdy tak jak teraz – od rana jest buro i pada, to wchodzą w grę tylko krótkie spacery. Ja sama nie zamierzam naruszać swojej strefy komfortu termicznego – i gdy rzeczywiście na zewnątrz pizga złem – to ja wolę domek i ciepełko. Sorry.

Nie biczuję się, gdy włączam dziewczynom bajki, gdy zamówię jedzenie na wynos, albo gdy kręcimy się w piżamach do południa. Dla kogo to robimy? Dla siebie. Jeśli mamy przetrwać i się nie powybijać, to próbujemy ze sobą nie walczyć. A uwierzcie mi – ostatnia rzecz na jaką macie ochotę rano to spory z upartym dzieckiem, które wie lepiej.

Oczywiście – nie chciałabym tutaj straszyć czy zniechęcać kogokolwiek, kto w najśmielszych marzeniach próbuje myśleć o macierzyństwie. Ale nie oszukujmy się. Ten cały nieplanowany, roczny (z przerwami) lockdownik daje się nam we znaki.

Rodzice mogą mieć czasem dość siebie. Swoich partnerów. Swoich dzieci. I to jest NORMALNE. Nie próbujmy sobie wmówić, że im więcej czasu mamy z dziećmi tym lepiej. Że to taka wieczna sielanka. Bullshit. Dla zachowania zdrowia psychicznego potrzebna jest równowaga. W każdej sferze. A gdy budzisz się codziennie rano, i czeka na Ciebie kolejny raz, kolejny dzień, ten sam wielki kamień, który wtaczasz cały dzień, a najczęściej i tak po drodze w ciągu dnia wyślizguje Ci się z rąk, tylko po to żebyś mogła po niego wrócić i próbować od nowa… I codziennie z niekrytym zdziwieniem i zaintrygowaniem zastanawiasz się jakim cudem te same czynności mogą mieć aż tyle niespodziewanych rezultatów…to nic. To normalne.

Nie jesteś sama. Przytulam Cię mocno i nie zapominaj o sobie.

Jak to mówią – trzeba najpierw napełnić swój kubeczek, żeby móc dać coś od siebie innym. Naucz się odpuszczać, zaakceptuj tę dziwną dynamikę ostatnich miesięcy i uwierz, że jesteś wystarczająca. Wystarczający. Nawet jeśli jest Ci daleko do ideału.

Cheers!

Photo by cottonbro on Pexels.com

3 typy ludzi, którzy mnie.. denerwują

Oglądaliście „Dzień Świra”? Sławna scena, w której główny bohater budzi się w łóżku, a poranny brzask wita znanym przez wszystkich Polaków zwrotem średnio-grzecznościowym, zaczynającym się na literę „k”? Na pewno znacie 🙂 W całym filmie występuje wiele sytuacji, które naszego bohatera irytują do szpiku kości, i czemu daje wyraz używając dźwięcznych i melodyjnych partykuł językowych, dających wyraz tejże niepohamowanej ekscytacji o zabarwieniu negatywnym. Czyli potocznie – co nas wkurwia, co nas boli.

Taki pozytywny – a jakże – temat, z przymrużeniem oka, chciałam Wam dziś przedstawić. Lista jest otwarta i śmiało zapraszam, po całym tygodniu możecie dopisać jakieś swoje sytuacje, które sprawiają, że przysłowiowo trafia was szlag, zalewa was krew i zastanawiacie się co jest nie tak z osobą, z którą przyszło Wam chwilowo dzielić wspólne metry kwadratowe w kolejce do kasy, tudzież oddychać wspólnym, narodowym powietrzem pod Paczkomatem.

Zaczynamy!

  1. Kolejkowi poganiacze, wózkowi wbijacze

Jestem w sklepie. Jako, że nienawidzę galerii, sklepów wielkopowierzchniowych, marketów itd. to staram się na te jakże urocze i pełne przygód wycieczki wysyłać małża, ale nie wiem dlaczego…czasem coś mnie podkusi, że sama się wybiorę. Chyba tylko po to, żeby się utwierdzić w przekonaniu, dlaczego tego nie cierpię. Pół biedy z tym, że za każdym razem kiedy wbijam do jakiegoś Oszą czy innego  BiedoLidla, to akurat zmienia się aranżacja półek, i zanim znajdę wszystko po co przyszłam, to zdążę z tym cholernym wózkiem zrobić półmaraton i w to w całkiem dobrym tempie. No trudno, tak działa sklepowy marketing, czyli jak się zgubię, to może chociaż w ramach pocieszenia, wezmę coś czego nie szukam, ale akurat okaże się, że bardzo potrzebuje? No nic, koszyk już mam, pełen asortymentu potrzebnego bardziej lub mniej, czyt. wcale. I w te pędy do kasy… I tutaj, Moi Mili, rozgrywają się sceny dantejskie jak dla mnie. Co z tego, że osób w kolejce jest pięć, Pani kasjerka uwija się ekstremalnie szybko, produkty niemal lewitują jej pod palcami. I tak zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie mnie szturchał tym pieprzonym wózkiem w plecy, jakby to miało skrócić czas oczekiwania. A robią to tak zajadle, że nawet po delikatnym upomnieniu, jakby im rozum odbierało pchają się z tym wózkiem znowu. Bo oczywiście ktoś inny pcha się również na nich. Nie rozumiem. Krew mnie zalewa jak czuje że ktoś stoi bliżej niż ustawowe, morawieckie 1,5 metra. I nic nie działa, ani prośbą, ani groźbą, kolejkowi wózkowi wbijacze są niczym oszołomione tłumy na Black Friday w MediaCośtam.

2. Taksówkarze…pytający o drogę

Mój osobisty faworyt. Z całym szacunkiem i uwielbieniem dla kierowców taksówek. Korzystam dość często, i najczęściej trafiam na miłych, uprzejmych, którzy nie męczą niepotrzebną rozmową, ale jak mi się trafi czasem combo, to już pełen zestaw. Wsiadam i od razu wiem, że to nie będzie Relaxi Taxi. Jeśli przy dobrym ułożeniu gwiazd nie uderzy mnie smród fajek, bo Pan myślał, że się zdąży wywietrzyć (serio, kto jeszcze jara szlugi w aucie?!), to po chwili następuje standardowe pytanko o destynacje. A jako, że mieszkam na przedmieściach miejskiej dżungli, to w odpowiedzi słyszę „O Pani, a gdzie to? Jak tam jechać?”. Na szczęście moje zdolności topograficzne pozwoliły mi opanować drogę do domu, więc najczęściej jestem w stanie udzielić wskazówek dot. trasy ale… Panie, włącz sobie nawigację! Mamy XXI wiek, Musk wysyła w kosmos Tesle i manekiny, a Pan nie wie jak skorzystać z navi. Mało co mnie tak irytuje, jak taksówkarz pytający o drogę. Może lepiej ja poprowadzę?

3. Covidowi wariaci, per oszołomy

Z całą powagą sytuacji epidemicznej na świecie – nie jestem antymaseczkowczynią (próbuję podążać za feminatywami, ale ta brzmi wyjątkowo dziwnie, nieprawdaż?), przestrzegam w miarę możliwości reżimu sanitarnego, blablabla, no wiecie o co chodzi. Ci, co myli łapy wcześniej – myją dalej, a pozostali zaczęli to robić dopiero jak nastał Covid. Ale nie w tym rzecz. Myjesz te ręce, chuchasz w te maseczki, dusisz się, dzieciom nawet zakazujesz lizania poręczy w autobusie, czy na klace schodowej! Borze szumiący! Takie poświęcenie dla sprawy, aż tu nagle…spotykasz Mistrza Kung-Fu-Covid. Ostatnio miałam spotkanie z takowym prawie ze twarzą w twarz, czy tam maską w brak maski. A dlaczego brak? Otóż, złamałam prawo, przyznaje się bez bicia. Na moim odludkowie podjeżdżam do paczkomatu (żeby zminimalizować potencjalne ryzyko przy kontakcie z kurierem, hellou!), wysiadam z auta. Uff, nikogo nie ma, więc niczym rasowy przestępca, za pomocą aplikacji próbuje zdalnie otworzyć skrytkę, żeby już zupełnie skrócić czas ekspozycji na śmiercionośne powietrze (bo jak wiemy, tlen zabija), aż tu nagle…wyskakuje na mnie. Zamaskowany, w przyłbicy i w gumowych rękawiczkach. Słowo daję, że jeszcze rok temu na widok takiego zaczęłabym uciekać 🙂 Ale teraz jestem ostoją spokoju, i nawet taki wariatuncio mnie nie ruszy. We mnie automatycznie rodzi się poczucie winy, bo przecież stoję od człowieka 10 metrów dalej, a on do mnie krzyczy, ze ja sieję śmiercionośne zagrożenie, jestem nieodpowiedzialna, a na koniec jeszcze oberwało mi się nawet w sferze moralnej, gdyż Pan nie omieszkał ocenić jakie to ja muszę mieć nieczyste sumienie. Poradziłam mu oczywiście bardzo grzecznie, żeby swoim sumieniem się zajął, ale jak już mgliście za plecami słyszałam teksty o jego krwawiącej duszy, to autentycznie zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam do czynienia z jakimś objawionym medium, tudzież innym posłańcem.

                Wiecie co mnie w tej historii najbardziej wkurzyło? Że o ile owszem – maskę powinnam mieć, mój błąd, o tyle nie spodziewałam się tłumów o godzinie 21 w mojej okolicy. Kto tu mieszka, ten wie 🙂 Ale rzecz w tym, że kiedy w domach, w blokach odstawia się istna patologia, ludzie się tłuką, starzy piją, dzieci głodne, brudne zaniedbane,  albo jeszcze gorzej – wobec których jest stosowana przemoc – to najczęściej nikt nic nie zrobi. Nikt się nie odezwie, bo nie jego sprawa, nie będzie się wypowiadał…może to było JEDNORAZOWE. Ale proszę bardzo – teraz mamy Covid i strażników prawilności, którzy bez cienia zawahania i tupetu wjadą Ci na psyche, sumienie i buk wie co jeszcze. Kowboje, strażnicy Teksasu na biało-czerwonym narodowym rumaku, czy tam innym osiołku. I będą Cię pałować o to, że im zatruwasz narodowe powietrze, nie zważając na to, że może to było JEDNORAZOWE niezałożenie maseczki.

Ahh…piątek, piąteczek piątunio, prawda? Człowiek sobie wyleje troszkę gorzkich żali, to od razu lżej na duszy. A, nie, ja przecież mam nieczyste sumienie, więc mi już nic nie pomoże, ale może chociaż Wam? Jak tam u Was? Co Was wyprowadziło z równowagi w tym tygodniu? Nie wierzę, że w czasie wiecznego home office’u i narastającej społecznej nienawiści cały tydzień przebrnęliście bez napotkania chociaż jednego kaszlącego na was człowieka ? 🙂

Cheers! Za udaną piątko-sobotę, bo jak wiemy niedziela, to już taki mały poniedziałek…a wtedy do listy będzie można dopisać zapewne kilka nowych punktów.

Photo by ROMAN ODINTSOV on Pexels.com

Bawimy się już 4 godziny, a minęło dopiero 10 minut !

Znacie to? Siedzicie ze swoim pacholęciem już kolejną godzinę układając wieżę z klocków, rysujecie, malujecie, żonglerka, zabawki, lalki, domki z piasku… radosne chwile w dziecięcym świecie trwają w najlepsze już czwartą godzinę, wtem z niedowierzaniem spoglądacie na zegarek i okazuje się, że bawicie się dopiero 10 minut. Brzmi znajomo? Kto się przyzna? Bo ja tak. Uff, to już mamy za sobą. Przyznaje się bez bicia – nie przepadam za zabawami z dziećmi. Mogę czytać z nimi książeczki, spacerować, czy rysować, ale jak przychodzi mi do budowania hiper wysokiej wieży z klocków, na zmianę z demolowaniem jej i budowaniem od nowa, zabawy lalkami, ciastoliną, czy odgrywanie kolejny raz tych samych scenek, to czas się dla mnie zatrzymuje. Kocham swoje dzieciaki i próbuję im zapewnić różnorodne atrakcje, ale nie lubię tych dziecięcych zabaw samych w sobie. Kamień z serca, bo wiem, że nie jestem jedyna. Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których po spakowaniu dziecku hiper zdrowej, eko-sreko, wege śniadaniówki z komosą i jarmużem, zawiezieniu na 5 dodatkowych zajęć przed i pozalekcyjnych, musimy znaleźć czas i chęci by jeszcze z tej skurczonej do minimum doby, wyłuskać czas i entuzjazm na budowanie z nimi klocków lego i wycinanie ludzików z gazet. Oczywiście powinno to spełniać nasze górnolotne ambicje i zapewniać zdrową umysłową stymulację. Jak na dorosłego człowieka przystało, prawda? No bo jak to tak, ze z własnym dzieckiem się nie lubisz bawić?! Co z Ciebie za wyrodna matka! Czy tam ojciec?!

Narzucamy sobie ogrom obowiązków. Budzimy się rano, wszystko kręci się wokół tego, by każdy wszędzie zdążył na czas. Pobudka w biegu, śniadanie w biegu albo i wcale, ogarnąć dzieciaki, ogarnąć siebie, poodwozić każdego gdzie trzeba i ufff…ale zaraz, zaraz, jakie uff? Przecież my też pracujemy. Więc dawaj w te pędy do roboty. Przy sprzyjających wiatrach można popracować z domu, ale każdemu zdarza się, że jednak czasem trzeba się gdzieś wyrobić na czas. I tak pędzimy z językiem na brodzie przez większą część dnia. Ale nie ma zmiłuj, zamykasz laptopa i w długą po dzieciaki, żeby Ci ich nie odholowali do jakieś społeczno-opiekuńczej przechowalni jak nie zdążysz odebrać ich z przedszkola czy żłobka na czas. Zdążyłaś. Kolejny raz uff. Wszyscy w domu. Zadowoleni i szczęśliwi. Czyżby? Tego nakarmić, tamtego przebrać, ta będzie pić tylko w różowym kubeczku, a druga ma nagle focha na cały świat, BO TAK. Argument koronny. Gdy już ugasisz wszystkie pożary, nastaje rodzinna sielanka. Relatywny spokój, wszyscy zadowoleni, najedzeni, zdążyłaś już posprzątać, ugotować, nastawić pranie, odpisać na zaległe maile z jednym dzieckiem na ręku. I słyszysz to pytanie… „Mamo, a czy pobawisz się ze mną?”.

I z jednej strony radość Cię, rozpiera, dziecko zaprasza Cię do swojego świata, a z drugiej z żalem patrzysz na zegarek i już wiesz, że to kolejny dzień, w którym czas dla siebie znajdziesz może dopiero jak dzieciaki zasną, o ile nie padniesz razem z nimi.

I wiem, że to brzmi jak żalenie się. Już czuję jak niektórzy palą się, żeby tylko napisać, że chciałam, to mam. Dzieci to obowiązek. No pewnie, że chciałam, mam i że to momentami karkołomnie ciężki obowiązek. Ale nie próbujmy sobie wmówić, że wszystko w rodzicielstwie to cud miód, i każdy jego aspekt powinniśmy doceniać, celebrować nawet jeśli przez zaciśnięte zęby.

„Będziesz do tego tęsknić. Zobaczysz jak szybko one dorosną”. Nie, nie będę tęsknić. Wiem, że to zależy od dziecka i od nastawienia rodzica, ale ja czekam z niecierpliwością i ekscytacją na czas, kiedy moje dziewczyny będą odrobinę starsze i bardziej samodzielne, żebym mogła pokazywać im świat, i by mogły z tego czerpać więcej. Nie będę tęsknić do pieluch, nieprzespanych nocy i zabaw lalkami. Może wspomnę to z nostalgią, ale nie róbmy z macierzyństwa jakiejś ścieżki straceńców, w której musimy się podporządkować wszystkiemu, nawet temu co nas męczy, czy nam nie odpowiada. Zawsze chciałam być mamą, i uwielbiam nią być. Są momenty w tej przygodzie, które rozczulają mnie do łez, i na pewno będzie ich jeszcze wiele. Ale bycie rodzicem to nie cel sam w sobie. Ponad macierzyństwem jestem kobietą, człowiekiem z marzeniami i potrzebami. I mimo, ze czasami sama czuje się jak koń po westernie po całym dniu z dzieciakami, to nie czaruję się, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Są dni lepsze i gorsze. Kocham moje dziewczyny na zabój, ale jak one rzeczywiście kiedyś wyfruną z gniazda i nie będę się już nimi opiekować, to nie chcę nagle obudzić się z poczuciem, że kwintesencją mojego życia było macierzyństwo i nic poza tym dla siebie nie mam.

Nie neguję, jeśli ktoś w macierzyństwie czuje się jak ryba w wodzie i obiera sobie za cel życiowy być najlepszym rodzicem. Jeśli to dla Ciebie się sprawdza – super. Ale dla większości, to nie działa, tylko boimy się i wstydzimy przyznać, że rodzicielstwo bywa rozczarowujące. Że poza tymi słodkimi pysiami umazanymi czekoladą, są też godziny płaczu, fochów, rozczarowania i rezygnacji. A już na pewno kolejna godzina lepienia babek z piasku, sprzątania ciastoliny, czy budowania fortecy z foteli to nie jest szczyt marzeń dla większości dorosłych. I to jest okej. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cyborgami. Nie ma sensu próbować być najlepszym rodzicem. Wystarczy być odpowiednio dobrym rodzicem. A miarą tego nie jest ilość Twojego czasu, jaki poświęcasz na zabawę, gdy sam ledwo trzymasz się ze zmęczenia na nogach.

Wyszedł mi z tego kolejny wpis w duchu autoterapii, ale czasy są jakie są, i podążając za klasykiem – koń, jaki jest – każdy widzi. Życzę Wam, byście dali sobie przestrzeń do akceptacji swoich rodzicielskich niedoskonałości, i czerpali przyjemność z tych wspólnych chwil, które dają radość. Rodzicielstwo to nie lukrowane zdjęcia na insta z dziewczynkami odstrojonymi w tiulowe spodniczki, bawiącymi się w pięknych pastelowych pokojach, w których panuje nienaganny porządek. To też nie chłopcy w wyprasowanych eleganckich koszulach z muszką, którzy radośnie puszczają samochodziki po równiutko przystrzyżonym trawniku. Kto ma dzieci, ten się w cyrku nie śmieje, i wie jak wygląda rzeczywistość.

Trzymam za Was kciuki. Jesteście najlepszymi rodzicami. Nawet jeśli nie zebraliście 10 pieczątek za każde 100 godzin spędzone na budowaniu fortecy z klocków 🙂

Cheers!

Photo by me

Wara od mojej macicy, maszkaro.

„Na Twoim miejscu, ja bym…” I właściwie na tym można by zakończyć, bo takie zdanie samo w sobie jest sprzeczne i bezsensowne. Bo jak to tak? Ja? Na Twoim miejscu? Ależ proszę. Rozgoszczę się, i chociaż wcale mnie o to nie prosisz, to ja i tak powiem Ci, co bym zrobiła. Bo ja bym zrobiła lepiej. Ba! Ja się znam na rzeczy, już to przeszłam, a nawet jak nie, to znam Ciebie i Twoje życie wystarczająco dobrze, żeby Ci powiedzieć, co ja bym na Twoim miejscu zrobiła i co jest dla Ciebie lepsze.

I tak, Moi Drodzy, obecnie mamy wysyp domorosłych specjalistów, którzy bez cienia zawahania stoją w pogotowiu, w blokach startowych by tylko doszukać się sytuacji z naszego życia, w której oni zachowaliby się lepiej. Właściwiej, mądrzej, bardziej odpowiednio. Nie mam tu na myśli tylko specjalistów wyprodukowanych przez Google z doktoratem i habilitacją „od wszystkiego”. Nie, nie. Widzimy teraz całą rzeszę polityków i ludzi mediów, którym nawet cholerna brewka nie drgnie, gdy z pozycji ciepłego fotela, tudzież w błysku fleszy na mównicy oceniają co oni zrobiliby na naszym miejscu. I na tym nie koniec. Oni nie tylko oceniają. Oni mówią nam co jest jedyną i właściwą drogą. I spróbuj tylko, nędzny człowieczku, się sprzeciwić, to znajdziemy na Ciebie paragraf. Raz, dwa.

Wiecie już chyba o czym mowa? We mnie się gotuje. Jestem wściekła, zrozpaczona i nie rozumiem jak garstka ludzi na czele z zawistną, nienawidzącą kobiet kreaturą może decydować o losie milionów z nas? Osobiście nie planuje nigdy już być w ciąży ale mnóstwo moich koleżanek, bliskich, czy kiedyś nawet moje córki, mogą w przyszłości stać przed decyzją o ewentualnej terminacji ciąży. Z różnych powodów. Nie oceniam. Ale w przypadku wady letalnej płodu, gdy nie ma szans na cień normalnego życia, a jeżeli to życie potrwa dłużej niż kilka dni czy tygodni, to będzie katorgą dla samego dziecka, czy też w przyszłości dorosłego, niepełnosprawnego najprawdopodobniej fizycznie i psychicznie, którym ktoś będzie musiał opiekować się do końca życia.

Nie oceniam, czy ktoś robi badania prenatalne czy nie. Dopóki mamy prawo wyboru – możemy z niego korzystać. Sama nie wiem, czy byłabym w stanie poświęcić się w 100% dla 24/7 opieki nad dzieckiem w stanie wegetatywnym. Mówię oczywiście o świadomej decyzji, gdy już w pierwszych tygodniach ciąży wiedziałabym o takiej wadzie. Kosztem moich zdrowych dzieci i pozostałych osób w rodzinie. Kosztem siebie, swojego zdrowia fizycznego jak i psychicznego i jakiejkolwiek przyszłości. Nie wierzę, ze urodziliśmy się po to żeby świadomie cierpieć, i że to cierpienie ma jakiś sens. Zwłaszcza cierpienie osoby urodzonej bez podstawowego chociaż zasobu umiejętności by wiedzieć, gdzie jest, i że żyje w społeczeństwie.

Wiem, że na pewno nie każdy się ze mną zgodzi. To jest fundamentem człowieczeństwa, że się różnimy, i to jest piękne. Tylko dlaczego większość, podkreślam, większość zagorzałych obrońców życia poczętego uaktywnia się tylko teraz, gdy po drugiej stronie barykady pojawiają się ludzie broniący prawa do decydowania o swoim ciele i życiu? Dlaczego nie widać szturmów pod sierocińcami, domami dziecka, domami samotnych matek i pikiet o to, by rząd zainteresował się tym, że te placówki funkcjonują na granicy wypłacalności, nie mówiąc o tym, że utrzymują się w sporej części z datków i pomocy ludzi dobrej woli?

Gdzie są obrońcy życia, kiedy kobieta urodziwszy zdrowe dziecko, sama w wyniku komplikacji okołoporodowych umiera lub w znacznym stopniu traci zdrowie i możliwości by zajmować się swoją pociechą? Opuszcza ją mąż, czy partner. Miga się od obowiązku płacenia alimentów. Jakoś ani widu, ani słychu, by polityczki pokroju pani Godek rzucały się niczym Rejtan na ratunek i w obronie ostatniej ostoi wiary. Katolików, na czele z prezesem toruńskiej rozgłośni też nie widać.

Gdzie jest wsparcie od Was dla rodzin zastępczych, które heroicznym wysiłkiem próbują czasem zapewnić ciężko chorym dzieciom chociaż namiastkę normalności. I mówiąc o namiastce normalności mam na myśli podstawową opiekę i rehabilitację, której próżno szukać w placówkach publicznych, ze względu na brak kadry, która to oczywiście jest wynikiem nikłych nakładów finansowych na tego typu boskie przybytki. I nie bez powodu mówię boskie – bo wg doktryny wiary, którą jesteśmy teraz terroryzowani, powinniśmy być miłosierni wobec siebie. Bardzo, kurwa, śmieszne. Najśmieszniejsze w momencie kiedy środki na opiekę dla ciężko chorych dzieci, czy oddziały onkologiczne są przekierowywane do TVP. Jedyną i właściwą rozgłośnię narodowej propagandy.

Gdzie jesteście, obrońcy życia poczętego, kiedy ciężko upośledzeni seniorzy (część z nich porzucona już jako dzieci), dokonują żywota w Domach Pomocy Społecznej, opuszczeni, bez właściwej opieki, bez bliskich, z bolesnymi odleżynami, nieodpowiednio odżywieni. Gdzie jest wtedy to miłosierdzie do życia poczętego, bo jakoś kolejek przed tego typu placówkami nie ma. Tzn. kolejki są, ale potrzebujących, a nie osób chętnych szerzyć łaskę i miłość do bliźniego.

Tak właśnie to widzę. Krzyk pod publikę. Byle się pokazać, byle się wybielić, przedstawić jako lepszego od tych okrutnych morderców malutkich, słodkich bąbelków. Tyle, że te bąbelki mogą nie mieć połowy twarzy, przełyku, czaszki, oczu, połowy serca, brak jelit, no generalnie sama śmietanka anatomiczna. Nie, wcale nie twierdzę, że takie osoby nie zasługują na szacunek, każde życie na nie zasługuje. Ale życie bez mózgu, albo z perspektywą śmierci w pierwszych minutach bądź tygodniach to nie jest życie. To jest wyrok na to życie, którego niektórzy tak zajadle bronią.

Bo wiedzą lepiej co zrobiliby na naszym miejscu. I co jest dla nas lepsze.

Nie życzę nikomu znalezienia się w sytuacji decyzji o aborcji. Ale odbieranie nam tego prawa jest niehumanitarne, nieludzkie, barbarzyńskie i jest wyrazem zgorzkniałego patriarchatu i moralnego totalitaryzmu. Jak to możliwe, że w XXI, kiedy dla ludzkości „sky is the limit”, a nawet nie, bo latamy w kosmos i chcemy eksplorować go dalej, a u nas w krainie mlekiem i miodem, a raczej krwią i żółcią płynącej, pozwalamy sobie decydować za siebie o swoim ciele i życiu?

Photo by Kat Jayne on Pexels.com