Pa, Mamo

Kiedy publikowałam ostatni wpis (całkiem dawno, bo w kwietniu…), przez myśl nie przeszłoby mi, że moje życie zmieni się tak diametralnie w ciągu kilku następujących tygodni. Aczkolwiek już wtedy wiedzieliśmy, że mama jest chora. Jak to mówią – rak nie wybiera.

O chorobie dowiedzieliśmy się w lutym. Szybka diagnoza – nowotwór piersi. To nie będzie wpis o szczegółach choroby, jej przebiegu i leczeniu. To jest subiektywny opis moich odczuć, jako kobiety i córki, ale także mamy małych dziewczynek.

Jak już wspomniałam – diagnoza pojawiła się w lutym. Wtedy też w pełnej krasie ujrzeliśmy jak działa system leczenia pacjentów onkologicznych w naszym kraju. Ale to jest temat na oddzielny wpis. Pozwolę sobie tylko nisko ukłonić się każdemu, kto kiedykolwiek musiał przez to przechodzić. Po pierwsze ze względu na chorobę, po drugie z uwagi na to jak system kuleje, i jak wiele osób nie otrzymuje odpowiedniego leczenia. Na czas.

Czas, jak wiemy, jest kluczowy. Dla mojej mamy również taki był. Choroba rozprzestrzeniła się błyskawicznie i zabrała mamę po 4 miesiącach od diagnozy. Po prostu już nic nie dało się zrobić. Pierwsze dni czerwca pamiętam doskonale. Dzień po dniu, chwila po chwili, ostatnia rozmowa. Spodziewałam się telefonu ze szpitala, ale do ostatnich sekund to było częściowo nierealne. Nikt o zdrowych zmysłach nie jest gotowy na takie wiadomości, na taką stratę.

Nie będę próbować nawet opisać jak wielki smutek i żal przynosi śmierć bliskiej osoby. To jest nie do opisania. Ludzki język i ubogość formy nie pozwala na przekazanie choćby namiastki bólu.

Jestem córką, ale też kobietą i matką. Zawsze drżałam słysząc o tym jakie żniwo zbiera nowotwór piersi. Jakkolwiek nigdy w najgorszych koszmarach nie sądziłam, że dotknie to najbliższą mi osobę. I doprowadzi do jej śmierci. Niewiele jest w życiu takich momentów, w których literalnie świat rozsypuje się w drobny mak. To był dla mnie taki moment.

Jako córka straciłam Mamę.

Jako kobieta uświadomiłam sobie, że to mogę być też ja.

Jako matka…sami wiecie. Zrobię wszystko, żeby dbać o zdrowie swoich dzieci, ale nie na wszystko mogę mieć wpływ.

Dziś jest pierwszy dzień jesieni. Moja ulubiona pora roku. Pierwszy raz bez Mamy. Wiem, że zasadniczo pierwszy rok żałoby jest najgorszy, bo każdy dzień przeżywamy niejako po raz pierwszy. Bez tej osoby. Pierwsze wakacje, pierwsze święta itd. Za każdym razem czuję bolesny uścisk w żołądku, że to nie jest zły sen.

Wiem, że nie można w żaden sposób odżałować takiej straty. Wiem, że choćby świat zaczął kręcić się w drugą stronę, to nie znajdę nigdy przeciwwagi, do tego co się wydarzyło.

Jedyne co przyszło mi do głowy, że być może ktokolwiek to przeczyta, spróbuje uzmysłowić sobie jak cenne jest zdrowie. Jak musimy o nie dbać. O bliskich.

To co najlepszego możecie dla siebie zrobić to pójść na badania.

Marzę, aby chociaż jedna osoba umówiła się na profilaktyczne badanie piersi w rezultacie tego co przydarzyło się mojej mamie, i co mogłam tutaj opisać.

Wiem, że drastyczne wpisy, pełne patosu, żalu płynącego ze straty nie przyniosą raczej niczego dobrego. Ale może chociaż to? Może namówisz swoją mamę, siostrę, babcię, córkę, ciotkę, sąsiadkę czy przyjaciółkę by poszła się zbadać?

Albo tatę, brata, męża lub kumpla? Panowie, Was też to dotyczy!

Znaczna część nowotworów piersi (ale też prostaty i wielu innych) we wczesnym stadium jest uleczalna.

Pamiętajcie o tym. A choroba to nie tabu, to nie stygma. Nie bójmy się o tym rozmawiać.

Ale proszę, wybierzcie się do lekarza :*

Ściskam Was najmocniej.

A.

Photo by thevibrantmachine on Pexels.com

Mam dość, a Ty ?

Jak tam Wasz lockdownik? Pewnie tak samo jak ja nie nadrobiliście jeszcze wszystkich zaległych książek, nie zrobiliście porządków w garderobie, nie oprawiliście w ramki tych zdjęć, które to czekają już od pół roku patrząc na Was z wyrzutem za każdym razem, gdy spoglądacie na ich stertę na biurku ?

Wypadałoby też wspomnieć o tym – jak tam forma? Te biegi, sprinty, przysiady i TikTok’owe wyzwania w stylu 30 dni na ekstra tyłek. Forma oczywiście jest, i to nie byle jaka – taka mniej więcej w kształcie pączka.

To było mniej więcej tak – rok temu na początku tego covidowego chaosu, zamknięcia, każdemu się wydawało, że to nawet całkiem dobry moment na uporządkowanie wokół siebie spraw, na które nigdy nie ma czasu. Bo siedzimy sobie w domu, bo jest okazja, nie biegamy do biura, ze spotkania na spotkanie. No fajnie. Nie żebym zazdrościła singlom i bezdzietnym parom (ha ha, może odrobinkę), którzy może rzeczywiście mogli ten czas wykorzystać w produktywny sposób, ale – o, losie – czy ktoś w ogóle wziął pod uwagę tych, którym zachciało się prokreacji i powoływania na świat istot, bądź co bądź, zupełnie nie samoobsługowych?!

O ile rok temu miałam do nadrobienia kilka książek, tak teraz, dzięki ogromowi czasu spędzanego z dziećmi w domu na zmianę ze zdalną pracą – mam tych zaległości całą półkę (no bo kto człowiekowi zabroni kompulsywnych zakupów w księgarniach on line?!). Początkowo próbowałam dziewczynom wymyślać co rusz bardziej kreatywne zajęcia – a to wyklejanki, a to malowanki, może planszówki, tańce z instruktorką przez internet, to zajęcia sensoryczne, to edukacyjne…bla bla bla.

Jak wiemy, sielska idylla, która miała trwać miesiąc, ewentualnie dwa, czy tam kwartał – rozciąga się, z przerwami już prawie rok. Gdyby tak utrzymać ten początkowy poziom kreatywności, to myślę, że niejedna z nas miałaby już na koncie co najmniej kilka publikacji, vlogów, ebooków o odkrywczych metodach na zajęcie dzieciom czasu w sposób ponadprzeciętnie nowatorski.

Tylko że…gdzie w tym wszystkim pranie, sprzątanie, gotowanie? Nie zapominając o tym, ze człowiek nie samym machaniem chochlą w garze i jazdą na mopie żyje. Co to, to nie! Czasem matka musi też przypudrować lico, zażyć odżywczej kąpieli w płatkach róż, oddać się masochistycznym uciechom depilacji nóg (tak tak…ten patriarchalny wymóg jakoś nie chce się od nas odczepić..). Dodajmy też małża, konkubina, partnera, partnerkę, z którymi chciałoby się spędzić czasu trochę więcej niż tylko ponad głowami dzieci, przekrzykując się „I tak Cię nie słyszę !” „Ja Ciebie też!”. Pół biedy, jeśli rozmówcy wydawało się, że usłyszał „kocham Cię!”.

Ponad to wszystko, jeśli by się tak zastanowić, to tuż po porannej pobudce, odżywczym śniadaniu (codziennie innym, przecież musi być zdrowo i różnorodnie!), mamy czas na wspólną jogę z dziećmi, medytację, czytanie tylko-mądrych-książek, tylko zdrowe przekąski, tylko edukacyjne, sensoryczne i stymulujące zabawy, wspólne przygotowywanie co najmniej dwudaniowych, pełnowartościowych posiłków. Nie zapominajmy po drodze o kilku spacerach i aktywności fizycznej na świeżym powietrzu, jakże ważnej dla zachowania zdrowia i rześkiego umysłu! Później oczywiście trochę edukacji, literki, cyferki, granie na pianinie, czy też matce na nerwach. Następnie, jak wiadomo tylko zdrowa kolacja, wyciszanie, bajeczki (psi patrol w TV się nie liczy!), masaże, znów jakaś wieczorna medytacja, granie na gongach tybetańskich itd. Wiadomo – dzień jak co dzień. Czyż nie ?

A wtedy wchodzi ona…cała na biało. Rzeczywistość.

Czyli – jeśli tylko uda się otworzyć oczy po nieprzespanej nocy, prawie na czworakach dotrzeć do ekspresu, by zafundować sobie boski napar pozwalający odzyskać chociaż minimum sił – serwujemy płatki, czy tam śmiercionośne białe pieczywo – ktoś ma jeszcze ochotę kłócić się z 4-latką o to co chce zjeść na śniadanie? Nope, nie ja. Ogarnianie domu, dzieci, siebie, spraw bieżących, gdy cała ekipa jest na tak zwanym kwadracie (co nie jest dalekie od prawdy – nieważne ile masz pokoi, większość aktywności odbywa się i tak najbliżej matki – czyli najbliżej kuchni, bo stamtąd wyżej wymieniona persona może najszybciej zafundować jakąś średnio zdrową przekąskę). I nie zrozumcie mnie źle – ja też chce by moje dzieci jadły zdrowo, ale jeśli mam mieć jakąkolwiek ilość czasu dla siebie, to wolę im podać herbatniki, niż stać godzinę w kuchni i kombinować. Czasem – spoko. Nie codziennie 😉

Ja już nawet nie wierzę w te instagramy. Nie ma opcji, by w dziecięcym pokoju był nonstop taki porządek. By matka wyfiokowana od rana z uśmiechem od ucha do ucha szczerzyła się na tle wylizanej na błysk kuchni. No ściema! Chyba, że w nocy nie śpisz, tylko sprzątasz, albo masz gosposię lub nianię.

Te biedne dzieciaki się nudzą w domu. O ile gdy jest fajna pogoda, można w miarę miło spędzić czas, o tyle gdy tak jak teraz – od rana jest buro i pada, to wchodzą w grę tylko krótkie spacery. Ja sama nie zamierzam naruszać swojej strefy komfortu termicznego – i gdy rzeczywiście na zewnątrz pizga złem – to ja wolę domek i ciepełko. Sorry.

Nie biczuję się, gdy włączam dziewczynom bajki, gdy zamówię jedzenie na wynos, albo gdy kręcimy się w piżamach do południa. Dla kogo to robimy? Dla siebie. Jeśli mamy przetrwać i się nie powybijać, to próbujemy ze sobą nie walczyć. A uwierzcie mi – ostatnia rzecz na jaką macie ochotę rano to spory z upartym dzieckiem, które wie lepiej.

Oczywiście – nie chciałabym tutaj straszyć czy zniechęcać kogokolwiek, kto w najśmielszych marzeniach próbuje myśleć o macierzyństwie. Ale nie oszukujmy się. Ten cały nieplanowany, roczny (z przerwami) lockdownik daje się nam we znaki.

Rodzice mogą mieć czasem dość siebie. Swoich partnerów. Swoich dzieci. I to jest NORMALNE. Nie próbujmy sobie wmówić, że im więcej czasu mamy z dziećmi tym lepiej. Że to taka wieczna sielanka. Bullshit. Dla zachowania zdrowia psychicznego potrzebna jest równowaga. W każdej sferze. A gdy budzisz się codziennie rano, i czeka na Ciebie kolejny raz, kolejny dzień, ten sam wielki kamień, który wtaczasz cały dzień, a najczęściej i tak po drodze w ciągu dnia wyślizguje Ci się z rąk, tylko po to żebyś mogła po niego wrócić i próbować od nowa… I codziennie z niekrytym zdziwieniem i zaintrygowaniem zastanawiasz się jakim cudem te same czynności mogą mieć aż tyle niespodziewanych rezultatów…to nic. To normalne.

Nie jesteś sama. Przytulam Cię mocno i nie zapominaj o sobie.

Jak to mówią – trzeba najpierw napełnić swój kubeczek, żeby móc dać coś od siebie innym. Naucz się odpuszczać, zaakceptuj tę dziwną dynamikę ostatnich miesięcy i uwierz, że jesteś wystarczająca. Wystarczający. Nawet jeśli jest Ci daleko do ideału.

Cheers!

Photo by cottonbro on Pexels.com

3 typy ludzi, którzy mnie.. denerwują

Oglądaliście „Dzień Świra”? Sławna scena, w której główny bohater budzi się w łóżku, a poranny brzask wita znanym przez wszystkich Polaków zwrotem średnio-grzecznościowym, zaczynającym się na literę „k”? Na pewno znacie 🙂 W całym filmie występuje wiele sytuacji, które naszego bohatera irytują do szpiku kości, i czemu daje wyraz używając dźwięcznych i melodyjnych partykuł językowych, dających wyraz tejże niepohamowanej ekscytacji o zabarwieniu negatywnym. Czyli potocznie – co nas wkurwia, co nas boli.

Taki pozytywny – a jakże – temat, z przymrużeniem oka, chciałam Wam dziś przedstawić. Lista jest otwarta i śmiało zapraszam, po całym tygodniu możecie dopisać jakieś swoje sytuacje, które sprawiają, że przysłowiowo trafia was szlag, zalewa was krew i zastanawiacie się co jest nie tak z osobą, z którą przyszło Wam chwilowo dzielić wspólne metry kwadratowe w kolejce do kasy, tudzież oddychać wspólnym, narodowym powietrzem pod Paczkomatem.

Zaczynamy!

  1. Kolejkowi poganiacze, wózkowi wbijacze

Jestem w sklepie. Jako, że nienawidzę galerii, sklepów wielkopowierzchniowych, marketów itd. to staram się na te jakże urocze i pełne przygód wycieczki wysyłać małża, ale nie wiem dlaczego…czasem coś mnie podkusi, że sama się wybiorę. Chyba tylko po to, żeby się utwierdzić w przekonaniu, dlaczego tego nie cierpię. Pół biedy z tym, że za każdym razem kiedy wbijam do jakiegoś Oszą czy innego  BiedoLidla, to akurat zmienia się aranżacja półek, i zanim znajdę wszystko po co przyszłam, to zdążę z tym cholernym wózkiem zrobić półmaraton i w to w całkiem dobrym tempie. No trudno, tak działa sklepowy marketing, czyli jak się zgubię, to może chociaż w ramach pocieszenia, wezmę coś czego nie szukam, ale akurat okaże się, że bardzo potrzebuje? No nic, koszyk już mam, pełen asortymentu potrzebnego bardziej lub mniej, czyt. wcale. I w te pędy do kasy… I tutaj, Moi Mili, rozgrywają się sceny dantejskie jak dla mnie. Co z tego, że osób w kolejce jest pięć, Pani kasjerka uwija się ekstremalnie szybko, produkty niemal lewitują jej pod palcami. I tak zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie mnie szturchał tym pieprzonym wózkiem w plecy, jakby to miało skrócić czas oczekiwania. A robią to tak zajadle, że nawet po delikatnym upomnieniu, jakby im rozum odbierało pchają się z tym wózkiem znowu. Bo oczywiście ktoś inny pcha się również na nich. Nie rozumiem. Krew mnie zalewa jak czuje że ktoś stoi bliżej niż ustawowe, morawieckie 1,5 metra. I nic nie działa, ani prośbą, ani groźbą, kolejkowi wózkowi wbijacze są niczym oszołomione tłumy na Black Friday w MediaCośtam.

2. Taksówkarze…pytający o drogę

Mój osobisty faworyt. Z całym szacunkiem i uwielbieniem dla kierowców taksówek. Korzystam dość często, i najczęściej trafiam na miłych, uprzejmych, którzy nie męczą niepotrzebną rozmową, ale jak mi się trafi czasem combo, to już pełen zestaw. Wsiadam i od razu wiem, że to nie będzie Relaxi Taxi. Jeśli przy dobrym ułożeniu gwiazd nie uderzy mnie smród fajek, bo Pan myślał, że się zdąży wywietrzyć (serio, kto jeszcze jara szlugi w aucie?!), to po chwili następuje standardowe pytanko o destynacje. A jako, że mieszkam na przedmieściach miejskiej dżungli, to w odpowiedzi słyszę „O Pani, a gdzie to? Jak tam jechać?”. Na szczęście moje zdolności topograficzne pozwoliły mi opanować drogę do domu, więc najczęściej jestem w stanie udzielić wskazówek dot. trasy ale… Panie, włącz sobie nawigację! Mamy XXI wiek, Musk wysyła w kosmos Tesle i manekiny, a Pan nie wie jak skorzystać z navi. Mało co mnie tak irytuje, jak taksówkarz pytający o drogę. Może lepiej ja poprowadzę?

3. Covidowi wariaci, per oszołomy

Z całą powagą sytuacji epidemicznej na świecie – nie jestem antymaseczkowczynią (próbuję podążać za feminatywami, ale ta brzmi wyjątkowo dziwnie, nieprawdaż?), przestrzegam w miarę możliwości reżimu sanitarnego, blablabla, no wiecie o co chodzi. Ci, co myli łapy wcześniej – myją dalej, a pozostali zaczęli to robić dopiero jak nastał Covid. Ale nie w tym rzecz. Myjesz te ręce, chuchasz w te maseczki, dusisz się, dzieciom nawet zakazujesz lizania poręczy w autobusie, czy na klace schodowej! Borze szumiący! Takie poświęcenie dla sprawy, aż tu nagle…spotykasz Mistrza Kung-Fu-Covid. Ostatnio miałam spotkanie z takowym prawie ze twarzą w twarz, czy tam maską w brak maski. A dlaczego brak? Otóż, złamałam prawo, przyznaje się bez bicia. Na moim odludkowie podjeżdżam do paczkomatu (żeby zminimalizować potencjalne ryzyko przy kontakcie z kurierem, hellou!), wysiadam z auta. Uff, nikogo nie ma, więc niczym rasowy przestępca, za pomocą aplikacji próbuje zdalnie otworzyć skrytkę, żeby już zupełnie skrócić czas ekspozycji na śmiercionośne powietrze (bo jak wiemy, tlen zabija), aż tu nagle…wyskakuje na mnie. Zamaskowany, w przyłbicy i w gumowych rękawiczkach. Słowo daję, że jeszcze rok temu na widok takiego zaczęłabym uciekać 🙂 Ale teraz jestem ostoją spokoju, i nawet taki wariatuncio mnie nie ruszy. We mnie automatycznie rodzi się poczucie winy, bo przecież stoję od człowieka 10 metrów dalej, a on do mnie krzyczy, ze ja sieję śmiercionośne zagrożenie, jestem nieodpowiedzialna, a na koniec jeszcze oberwało mi się nawet w sferze moralnej, gdyż Pan nie omieszkał ocenić jakie to ja muszę mieć nieczyste sumienie. Poradziłam mu oczywiście bardzo grzecznie, żeby swoim sumieniem się zajął, ale jak już mgliście za plecami słyszałam teksty o jego krwawiącej duszy, to autentycznie zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam do czynienia z jakimś objawionym medium, tudzież innym posłańcem.

                Wiecie co mnie w tej historii najbardziej wkurzyło? Że o ile owszem – maskę powinnam mieć, mój błąd, o tyle nie spodziewałam się tłumów o godzinie 21 w mojej okolicy. Kto tu mieszka, ten wie 🙂 Ale rzecz w tym, że kiedy w domach, w blokach odstawia się istna patologia, ludzie się tłuką, starzy piją, dzieci głodne, brudne zaniedbane,  albo jeszcze gorzej – wobec których jest stosowana przemoc – to najczęściej nikt nic nie zrobi. Nikt się nie odezwie, bo nie jego sprawa, nie będzie się wypowiadał…może to było JEDNORAZOWE. Ale proszę bardzo – teraz mamy Covid i strażników prawilności, którzy bez cienia zawahania i tupetu wjadą Ci na psyche, sumienie i buk wie co jeszcze. Kowboje, strażnicy Teksasu na biało-czerwonym narodowym rumaku, czy tam innym osiołku. I będą Cię pałować o to, że im zatruwasz narodowe powietrze, nie zważając na to, że może to było JEDNORAZOWE niezałożenie maseczki.

Ahh…piątek, piąteczek piątunio, prawda? Człowiek sobie wyleje troszkę gorzkich żali, to od razu lżej na duszy. A, nie, ja przecież mam nieczyste sumienie, więc mi już nic nie pomoże, ale może chociaż Wam? Jak tam u Was? Co Was wyprowadziło z równowagi w tym tygodniu? Nie wierzę, że w czasie wiecznego home office’u i narastającej społecznej nienawiści cały tydzień przebrnęliście bez napotkania chociaż jednego kaszlącego na was człowieka ? 🙂

Cheers! Za udaną piątko-sobotę, bo jak wiemy niedziela, to już taki mały poniedziałek…a wtedy do listy będzie można dopisać zapewne kilka nowych punktów.

Photo by ROMAN ODINTSOV on Pexels.com

Bawimy się już 4 godziny, a minęło dopiero 10 minut !

Znacie to? Siedzicie ze swoim pacholęciem już kolejną godzinę układając wieżę z klocków, rysujecie, malujecie, żonglerka, zabawki, lalki, domki z piasku… radosne chwile w dziecięcym świecie trwają w najlepsze już czwartą godzinę, wtem z niedowierzaniem spoglądacie na zegarek i okazuje się, że bawicie się dopiero 10 minut. Brzmi znajomo? Kto się przyzna? Bo ja tak. Uff, to już mamy za sobą. Przyznaje się bez bicia – nie przepadam za zabawami z dziećmi. Mogę czytać z nimi książeczki, spacerować, czy rysować, ale jak przychodzi mi do budowania hiper wysokiej wieży z klocków, na zmianę z demolowaniem jej i budowaniem od nowa, zabawy lalkami, ciastoliną, czy odgrywanie kolejny raz tych samych scenek, to czas się dla mnie zatrzymuje. Kocham swoje dzieciaki i próbuję im zapewnić różnorodne atrakcje, ale nie lubię tych dziecięcych zabaw samych w sobie. Kamień z serca, bo wiem, że nie jestem jedyna. Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których po spakowaniu dziecku hiper zdrowej, eko-sreko, wege śniadaniówki z komosą i jarmużem, zawiezieniu na 5 dodatkowych zajęć przed i pozalekcyjnych, musimy znaleźć czas i chęci by jeszcze z tej skurczonej do minimum doby, wyłuskać czas i entuzjazm na budowanie z nimi klocków lego i wycinanie ludzików z gazet. Oczywiście powinno to spełniać nasze górnolotne ambicje i zapewniać zdrową umysłową stymulację. Jak na dorosłego człowieka przystało, prawda? No bo jak to tak, ze z własnym dzieckiem się nie lubisz bawić?! Co z Ciebie za wyrodna matka! Czy tam ojciec?!

Narzucamy sobie ogrom obowiązków. Budzimy się rano, wszystko kręci się wokół tego, by każdy wszędzie zdążył na czas. Pobudka w biegu, śniadanie w biegu albo i wcale, ogarnąć dzieciaki, ogarnąć siebie, poodwozić każdego gdzie trzeba i ufff…ale zaraz, zaraz, jakie uff? Przecież my też pracujemy. Więc dawaj w te pędy do roboty. Przy sprzyjających wiatrach można popracować z domu, ale każdemu zdarza się, że jednak czasem trzeba się gdzieś wyrobić na czas. I tak pędzimy z językiem na brodzie przez większą część dnia. Ale nie ma zmiłuj, zamykasz laptopa i w długą po dzieciaki, żeby Ci ich nie odholowali do jakieś społeczno-opiekuńczej przechowalni jak nie zdążysz odebrać ich z przedszkola czy żłobka na czas. Zdążyłaś. Kolejny raz uff. Wszyscy w domu. Zadowoleni i szczęśliwi. Czyżby? Tego nakarmić, tamtego przebrać, ta będzie pić tylko w różowym kubeczku, a druga ma nagle focha na cały świat, BO TAK. Argument koronny. Gdy już ugasisz wszystkie pożary, nastaje rodzinna sielanka. Relatywny spokój, wszyscy zadowoleni, najedzeni, zdążyłaś już posprzątać, ugotować, nastawić pranie, odpisać na zaległe maile z jednym dzieckiem na ręku. I słyszysz to pytanie… „Mamo, a czy pobawisz się ze mną?”.

I z jednej strony radość Cię, rozpiera, dziecko zaprasza Cię do swojego świata, a z drugiej z żalem patrzysz na zegarek i już wiesz, że to kolejny dzień, w którym czas dla siebie znajdziesz może dopiero jak dzieciaki zasną, o ile nie padniesz razem z nimi.

I wiem, że to brzmi jak żalenie się. Już czuję jak niektórzy palą się, żeby tylko napisać, że chciałam, to mam. Dzieci to obowiązek. No pewnie, że chciałam, mam i że to momentami karkołomnie ciężki obowiązek. Ale nie próbujmy sobie wmówić, że wszystko w rodzicielstwie to cud miód, i każdy jego aspekt powinniśmy doceniać, celebrować nawet jeśli przez zaciśnięte zęby.

„Będziesz do tego tęsknić. Zobaczysz jak szybko one dorosną”. Nie, nie będę tęsknić. Wiem, że to zależy od dziecka i od nastawienia rodzica, ale ja czekam z niecierpliwością i ekscytacją na czas, kiedy moje dziewczyny będą odrobinę starsze i bardziej samodzielne, żebym mogła pokazywać im świat, i by mogły z tego czerpać więcej. Nie będę tęsknić do pieluch, nieprzespanych nocy i zabaw lalkami. Może wspomnę to z nostalgią, ale nie róbmy z macierzyństwa jakiejś ścieżki straceńców, w której musimy się podporządkować wszystkiemu, nawet temu co nas męczy, czy nam nie odpowiada. Zawsze chciałam być mamą, i uwielbiam nią być. Są momenty w tej przygodzie, które rozczulają mnie do łez, i na pewno będzie ich jeszcze wiele. Ale bycie rodzicem to nie cel sam w sobie. Ponad macierzyństwem jestem kobietą, człowiekiem z marzeniami i potrzebami. I mimo, ze czasami sama czuje się jak koń po westernie po całym dniu z dzieciakami, to nie czaruję się, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Są dni lepsze i gorsze. Kocham moje dziewczyny na zabój, ale jak one rzeczywiście kiedyś wyfruną z gniazda i nie będę się już nimi opiekować, to nie chcę nagle obudzić się z poczuciem, że kwintesencją mojego życia było macierzyństwo i nic poza tym dla siebie nie mam.

Nie neguję, jeśli ktoś w macierzyństwie czuje się jak ryba w wodzie i obiera sobie za cel życiowy być najlepszym rodzicem. Jeśli to dla Ciebie się sprawdza – super. Ale dla większości, to nie działa, tylko boimy się i wstydzimy przyznać, że rodzicielstwo bywa rozczarowujące. Że poza tymi słodkimi pysiami umazanymi czekoladą, są też godziny płaczu, fochów, rozczarowania i rezygnacji. A już na pewno kolejna godzina lepienia babek z piasku, sprzątania ciastoliny, czy budowania fortecy z foteli to nie jest szczyt marzeń dla większości dorosłych. I to jest okej. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cyborgami. Nie ma sensu próbować być najlepszym rodzicem. Wystarczy być odpowiednio dobrym rodzicem. A miarą tego nie jest ilość Twojego czasu, jaki poświęcasz na zabawę, gdy sam ledwo trzymasz się ze zmęczenia na nogach.

Wyszedł mi z tego kolejny wpis w duchu autoterapii, ale czasy są jakie są, i podążając za klasykiem – koń, jaki jest – każdy widzi. Życzę Wam, byście dali sobie przestrzeń do akceptacji swoich rodzicielskich niedoskonałości, i czerpali przyjemność z tych wspólnych chwil, które dają radość. Rodzicielstwo to nie lukrowane zdjęcia na insta z dziewczynkami odstrojonymi w tiulowe spodniczki, bawiącymi się w pięknych pastelowych pokojach, w których panuje nienaganny porządek. To też nie chłopcy w wyprasowanych eleganckich koszulach z muszką, którzy radośnie puszczają samochodziki po równiutko przystrzyżonym trawniku. Kto ma dzieci, ten się w cyrku nie śmieje, i wie jak wygląda rzeczywistość.

Trzymam za Was kciuki. Jesteście najlepszymi rodzicami. Nawet jeśli nie zebraliście 10 pieczątek za każde 100 godzin spędzone na budowaniu fortecy z klocków 🙂

Cheers!

Photo by me

Wara od mojej macicy, maszkaro.

„Na Twoim miejscu, ja bym…” I właściwie na tym można by zakończyć, bo takie zdanie samo w sobie jest sprzeczne i bezsensowne. Bo jak to tak? Ja? Na Twoim miejscu? Ależ proszę. Rozgoszczę się, i chociaż wcale mnie o to nie prosisz, to ja i tak powiem Ci, co bym zrobiła. Bo ja bym zrobiła lepiej. Ba! Ja się znam na rzeczy, już to przeszłam, a nawet jak nie, to znam Ciebie i Twoje życie wystarczająco dobrze, żeby Ci powiedzieć, co ja bym na Twoim miejscu zrobiła i co jest dla Ciebie lepsze.

I tak, Moi Drodzy, obecnie mamy wysyp domorosłych specjalistów, którzy bez cienia zawahania stoją w pogotowiu, w blokach startowych by tylko doszukać się sytuacji z naszego życia, w której oni zachowaliby się lepiej. Właściwiej, mądrzej, bardziej odpowiednio. Nie mam tu na myśli tylko specjalistów wyprodukowanych przez Google z doktoratem i habilitacją „od wszystkiego”. Nie, nie. Widzimy teraz całą rzeszę polityków i ludzi mediów, którym nawet cholerna brewka nie drgnie, gdy z pozycji ciepłego fotela, tudzież w błysku fleszy na mównicy oceniają co oni zrobiliby na naszym miejscu. I na tym nie koniec. Oni nie tylko oceniają. Oni mówią nam co jest jedyną i właściwą drogą. I spróbuj tylko, nędzny człowieczku, się sprzeciwić, to znajdziemy na Ciebie paragraf. Raz, dwa.

Wiecie już chyba o czym mowa? We mnie się gotuje. Jestem wściekła, zrozpaczona i nie rozumiem jak garstka ludzi na czele z zawistną, nienawidzącą kobiet kreaturą może decydować o losie milionów z nas? Osobiście nie planuje nigdy już być w ciąży ale mnóstwo moich koleżanek, bliskich, czy kiedyś nawet moje córki, mogą w przyszłości stać przed decyzją o ewentualnej terminacji ciąży. Z różnych powodów. Nie oceniam. Ale w przypadku wady letalnej płodu, gdy nie ma szans na cień normalnego życia, a jeżeli to życie potrwa dłużej niż kilka dni czy tygodni, to będzie katorgą dla samego dziecka, czy też w przyszłości dorosłego, niepełnosprawnego najprawdopodobniej fizycznie i psychicznie, którym ktoś będzie musiał opiekować się do końca życia.

Nie oceniam, czy ktoś robi badania prenatalne czy nie. Dopóki mamy prawo wyboru – możemy z niego korzystać. Sama nie wiem, czy byłabym w stanie poświęcić się w 100% dla 24/7 opieki nad dzieckiem w stanie wegetatywnym. Mówię oczywiście o świadomej decyzji, gdy już w pierwszych tygodniach ciąży wiedziałabym o takiej wadzie. Kosztem moich zdrowych dzieci i pozostałych osób w rodzinie. Kosztem siebie, swojego zdrowia fizycznego jak i psychicznego i jakiejkolwiek przyszłości. Nie wierzę, ze urodziliśmy się po to żeby świadomie cierpieć, i że to cierpienie ma jakiś sens. Zwłaszcza cierpienie osoby urodzonej bez podstawowego chociaż zasobu umiejętności by wiedzieć, gdzie jest, i że żyje w społeczeństwie.

Wiem, że na pewno nie każdy się ze mną zgodzi. To jest fundamentem człowieczeństwa, że się różnimy, i to jest piękne. Tylko dlaczego większość, podkreślam, większość zagorzałych obrońców życia poczętego uaktywnia się tylko teraz, gdy po drugiej stronie barykady pojawiają się ludzie broniący prawa do decydowania o swoim ciele i życiu? Dlaczego nie widać szturmów pod sierocińcami, domami dziecka, domami samotnych matek i pikiet o to, by rząd zainteresował się tym, że te placówki funkcjonują na granicy wypłacalności, nie mówiąc o tym, że utrzymują się w sporej części z datków i pomocy ludzi dobrej woli?

Gdzie są obrońcy życia, kiedy kobieta urodziwszy zdrowe dziecko, sama w wyniku komplikacji okołoporodowych umiera lub w znacznym stopniu traci zdrowie i możliwości by zajmować się swoją pociechą? Opuszcza ją mąż, czy partner. Miga się od obowiązku płacenia alimentów. Jakoś ani widu, ani słychu, by polityczki pokroju pani Godek rzucały się niczym Rejtan na ratunek i w obronie ostatniej ostoi wiary. Katolików, na czele z prezesem toruńskiej rozgłośni też nie widać.

Gdzie jest wsparcie od Was dla rodzin zastępczych, które heroicznym wysiłkiem próbują czasem zapewnić ciężko chorym dzieciom chociaż namiastkę normalności. I mówiąc o namiastce normalności mam na myśli podstawową opiekę i rehabilitację, której próżno szukać w placówkach publicznych, ze względu na brak kadry, która to oczywiście jest wynikiem nikłych nakładów finansowych na tego typu boskie przybytki. I nie bez powodu mówię boskie – bo wg doktryny wiary, którą jesteśmy teraz terroryzowani, powinniśmy być miłosierni wobec siebie. Bardzo, kurwa, śmieszne. Najśmieszniejsze w momencie kiedy środki na opiekę dla ciężko chorych dzieci, czy oddziały onkologiczne są przekierowywane do TVP. Jedyną i właściwą rozgłośnię narodowej propagandy.

Gdzie jesteście, obrońcy życia poczętego, kiedy ciężko upośledzeni seniorzy (część z nich porzucona już jako dzieci), dokonują żywota w Domach Pomocy Społecznej, opuszczeni, bez właściwej opieki, bez bliskich, z bolesnymi odleżynami, nieodpowiednio odżywieni. Gdzie jest wtedy to miłosierdzie do życia poczętego, bo jakoś kolejek przed tego typu placówkami nie ma. Tzn. kolejki są, ale potrzebujących, a nie osób chętnych szerzyć łaskę i miłość do bliźniego.

Tak właśnie to widzę. Krzyk pod publikę. Byle się pokazać, byle się wybielić, przedstawić jako lepszego od tych okrutnych morderców malutkich, słodkich bąbelków. Tyle, że te bąbelki mogą nie mieć połowy twarzy, przełyku, czaszki, oczu, połowy serca, brak jelit, no generalnie sama śmietanka anatomiczna. Nie, wcale nie twierdzę, że takie osoby nie zasługują na szacunek, każde życie na nie zasługuje. Ale życie bez mózgu, albo z perspektywą śmierci w pierwszych minutach bądź tygodniach to nie jest życie. To jest wyrok na to życie, którego niektórzy tak zajadle bronią.

Bo wiedzą lepiej co zrobiliby na naszym miejscu. I co jest dla nas lepsze.

Nie życzę nikomu znalezienia się w sytuacji decyzji o aborcji. Ale odbieranie nam tego prawa jest niehumanitarne, nieludzkie, barbarzyńskie i jest wyrazem zgorzkniałego patriarchatu i moralnego totalitaryzmu. Jak to możliwe, że w XXI, kiedy dla ludzkości „sky is the limit”, a nawet nie, bo latamy w kosmos i chcemy eksplorować go dalej, a u nas w krainie mlekiem i miodem, a raczej krwią i żółcią płynącej, pozwalamy sobie decydować za siebie o swoim ciele i życiu?

Photo by Kat Jayne on Pexels.com

Nie dążę do celu.

Tak. Powiedzmy to sobie głośno. I nie, żebym miała coś przeciwko wyznaczaniu sobie celów krótkoterminowych, w stylu – nauczę się języka, przeczytam 50 książek w rok, czy schudnę w styczniu, by w lutym ze zdwojoną siłą jojo wrócić, albo i podwoić wagę wyjściową. Co to, to nie. Cele krótkoterminowe są super. Ja np. w ramach takich szybkich zwycięstw planuję pobudkę o 6 rano (moi dzielni kibice, czytaj – dzieci – wytrwale mnie w tym celu wspierają). Czasem nawet poprawiam wynik i jestem na nogach od 5. A co! Kto rano wstaje temu nikt nic nie daje, ale warto próbować. Lubię też np. zaplanować sobie, że nic nie pójdzie zgodnie z planem i to w perspektywie długo i krótkoterminowej również. Taki cel osiągam z efektywnością rzędu 100%. Słabo?

A tak zupełnie serio, to osiągnęłam wewnętrzne zen poprzez właśnie nieplanowanie niczego 🙂 Trochę mi to zajęło! Nie powiem, że nie. I przez bardzo długi czas takie planowanie budziło we mnie frustrację. Muszę zrobić to, osiągnąć to czy tamto, w sferze koleżeńskiej, służbowej, rodzicielskiej czy partnerskiej. Zawsze gdzieś na końcu drogi błyszczała mi perspektywa osiągnięcia w każdej z tych dziedzin jakiegoś konkretnego, zmaterializowanego celu, albo chociaż uczucia jakie miało się we mnie pojawić. Jakieś spełnienie, czy tam cokolwiek. Wiecie – jak człowiek zje pizzę, to niby jej już nie ma, ale to ciepełko z brzuszka, ten ser ciągnący się w żyłach zamiast krwi. Mmm… No uczucie nie do podrobienia, prawda? Wiec generalnie takiej, bądź podobnej ekstazy oczekiwałam od każdego życiowego przedsięwzięcia.

Wszystko chciałam zamknąć w idealne pudełeczko, obwiązane wstążką, żeby móc sobie pokazać i udowodnić, co umiem, do czego jestem zdolna. I to jest utopia. Tak się nie da. Większość tego, co nam się w życiu przydarza, to nie wynik naszych wysublimowanych i pięknie wyrysowanych planów, tylko przypadek. Zrządzenie losu, bądź od tego losu prztyczek w nos.

Wiem, że życie bez celu jest…jałowe. I to nie znaczy, że nie mam marzeń. Oj, mam! I to jakie! Ale to są marzenia, do których dążę nakładem większego lub mniejszego wysiłku, ale nie uzależniam swojej życiowej satysfakcji od spełnienia każdego z nich. Z jednych rezygnuję, a na ich miejsce pojawiają się nowe. Nauczyłam się zaakceptować ten życiowy bałagan, i nie biegnę do mety, na której jest aplauz i owacje na stojąco. Tak jest o wiele łatwiej. Robię co mogę, żeby w życiu mieć to, co lubię. Przyznaję się otwarcie, że jestem hedonistką. Może to cel sam w sobie? Może dzięki temu, zrezygnowałam z przekładania ambicji ponad własny dobrostan. Nie musze niczego nikomu udowadniać, ani już nawet sobie.

Borze szumiący! Gdyby tylko ktoś mi to powiedział 10 lat temu! Że nie ma mety, na której osiągnę jakieś mistyczne katharsis, przybiję sobie piątkę i pogratuluję osiągniecia wszystkich celów. Brawo ja, i te sprawy. Najlepsze jest to, że pomimo wszystkich codziennych mikro-porażek i rezygnacji z niektórych planów, mogę sobie każdego dnia i tak przybić piątkę, bo wreszcie żyję dla siebie i próbuję się cieszyć z tego co mam tu i teraz. To oczywiście nie tak, że rzygam tęczą jak uda mi się nie rozlać porannej kawy, ale przynajmniej umiem się cieszyć gdy wypijam ją jeszcze wtedy, gdy w smaku ma cokolwiek wspólnego z kawą i jej temperatura jest nieco wyższa niż stojącej obok butelki mineralnej 🙂 Takie małe radości! Nie biegam z kwiatkami we włosach i nie śpiewam jakie życie jest piękne. Ale nie katuję się nierealną wizją przedstawienia, gdzie na końcu wszyscy się kłaniają, opada kurtyna, widownia bije brawo, a śmiechom nie ma końca.

Celebruję to co jest, nawet jeśli dalekie od ideału. Lubię wspomnienia, ale nimi nie żyję, mam marzenia i je snuję, ale żyję tym co mam, i tym kim jestem teraz. Akceptuję chaos i niedoskonałość. Zdrowie i chorobę. Radość i smutek. Sukces i porażkę. Miłość i nienawiść. Tęsknotę i oczekiwanie. Spełnienie i żal. Przyjaciół i niespełnione obietnice. To do mnie przychodzi i biorę to w całości. I jedyne czego żałuję, to lat zmarnowanych na gonienie za nieokreślonym ideałem.

Odpuść. Sobie i innym.

Cheers!

Photo by lehandross on Pexels.com

Wysoko wrażliwi rodzice wysoko wrażliwych dzieci

Przyjęło się mówić, że osoby wysoko wrażliwe czują więcej i bardziej. I to jest absolutne minimum, żeby móc zacząć mówić o tym temacie. Zaliczam się do takich osób, lubię spędzać czas z ludźmi, ale zawsze po bardziej absorbujących wydarzeniach moje ciało wręcz woła o spokój, łaknie ciszy i samotności. Po to by zachować równowagę i balans. Zbyt dużo dźwięków, tłum, ruchliwe miejsca, intensywne bodźce – wszystko to odbiera mi energię i zaburza normalne funkcjonowanie. Mam tendencje do ponadnormatywnego zamartwiania się, wszystko przeżywam podwójnie i biorę do siebie. Wiele lat zajęło mi przejście z trybu walki z tym, do akceptacji. Tak mam, moje baterie emocjonalne szybko się wyczerpują. Mogę z egzaltacją przeżywać byle głupotę, ekscytować się rzeczami, których niektórzy nawet nie zauważają. Ale każda taka intensywna emocja niesie za sobą ostre narzędzie, które niemal na wskroś tnie moją wytrzymałość. I te kawałki trzeba później poskładać. Ja wiem jak to zrobić. Mam swoje metody. Relatywny spokój, izolacja, zupełna cisza. Muszę napełnić swój kubeczek, żeby móc podzielić się czymś dobrym z innymi. Jeśli moje baterie są wyczerpane, nie umiem być empatyczna, kochająca i wyrozumiała. Nie umiem. I rozumiem to i daję sobie do tego przestrzeń. Oczywiście tyle mam tej przestrzeni, ile dadzą mi dzieciaki. Taki lajf. Mogę pieprzyć coachingowy bullshit, ale rzeczywistość jest o tyle brutalna, że nie mam czasu na praktykę zen i innych technik relaksacji w takiej ilości, w jakiej mogłoby to przynieść jakikolwiek efekt. Więc wjeżdża kawa, dobra muzyka albo po prostu zamykam się na dziesięć minut w pokoju, i zbieram kawałki siebie w całość.

Bycie wysoko wrażliwym i świadomym tego, to trochę taka relacja love-hate. Z jednej strony nie zamieniłabym tego na nic innego. Kocham to, że te piękne emocje przeżywam z taką siłą. To jakby mieć eliksir, który koloruje dla Ciebie świat, ludzi i doznania. Kochasz bardziej, uwielbiasz całym sercem. To daje ogromnego kopa. Ale z taką samą siłą, po stokroć przeżywam każdą porażkę, każdy stres, niepowodzenie, nerwy i rozczarowania. I rozmyślam. Królowa wymyślania najgorszych scenariuszy.

I tutaj dodajemy do historii dodatkowy wątek. Wysoko wrażliwe dziecko. Można by pomyśleć – ciągnie swój do swego. Jaka mama, taka córka. Logika wskazywałaby, że jako iż sama jestem typem wysoko wrażliwym, to powinnam doskonale wiedzieć co czuje moja córka, umieć jej pomóc, zrozumieć ją. Zaskoczę Was. Jest zupełnie odwrotnie.

Młoda jest szalenie inteligentna (cóż innego mogę rzec o swej pierworodnej, oczywista oczywistość 🙂 ), szybko się uczy, walczy o swoje. Serce mi się topi, gdy widzę, jak przytula młodszą, by ta nie płakała, karmi ją albo daje buziaki i rozśmiesza. Mimo swoich niespełna czterech lat, wydaje mi się, że dużo rozumie. Ale nie rozumie tego, że po mamusi odziedziczyła wyjątkową wrażliwość. I pisząc „wyjątkową”, mam na myśli wręcz tragiczną. Gdy się śmieje, to do utraty tchu, gdy rozpacza, to tak jakby się kończył świat i nieboskłon płacze razem z nią.

Przez długi czas dawałam się przekonywać, że jest po prostu rozkapryszona i nerwowa. Źle się zachowuje. Nawet posłużę się moim ulubionym zwrotem „jest niegrzeczna”. Ale to nieprawda. Bolesne dla rodzica jest przyznanie, że od początku droga z dzieckiem nie jest łatwa, że się nie dogadujecie. Że dziecko płacze więcej, rozpacza, krzyczy. A Ty nie rozumiesz. Ja nie rozumiałam. Dalej tak jest, ale z całych sił próbuję wczuć się w to co ona może przeżywać.

Ja rozumiem dlaczego jestem rozdrażniona. Wiem z czego to wynika i w miarę możliwości wiem jak temu zaradzić. Młoda nie wie. Nie rozumie jeszcze swoich emocji. Próbuję ją z nimi zapoznawać. Jest teraz na rynku cały wachlarz pomocy dydaktycznych, głównie książek, które możliwie przystępnie pomagają dzieciom zrozumieć co dzieję się z ich ciałem, kiedy emocje przejmują kontrole i jak sobie pomóc.

My jako dorośli nie zawsze sobie z tym radzimy. Nie zawsze potrafimy zrozumieć sami siebie i kontrolować nasze uczucia. Co dopiero dzieci?

Piszę to dziś, jako kolejny wpis z serii autoterapii dla siebie jako rodzica. Nie raz rozkładałam ręce. Nie raz zdarzyło mi się płakać z bezsilności i braku pomysłu jak mogę jej pomóc, by nie czuła się tak przytłoczona bodźcami zewnętrznymi. Przebodźcowanie potrafi nas – wysoko wrażliwych – sponiewierać niemal do utraty tchu. Całe ciało zdaje się boleć tylko dlatego, że nie ma magicznego włącznika, który mógłby zastopować dopływ impulsów i nadmierne odczuwanie. Dla tak małego dziecka to musi być koszmar, kiedy sygnały z ciała i umysłu (które jeszcze na tym etapie są odczytywane jako takie same) powodują takie rozdarcie. Dlatego potrafią krzyczeć, wrzeszczeć, płakać i doprowadzać starych do szału i poszukiwania okna życia. Dla siebie 🙂

Nie mam na to lekarstwa. Nie mam złotego środka i robię co mogę żeby ją zrozumieć. Jeśli nic nie dociera to po prostu jestem. Czekam, aż wreszcie zrzuci z siebie największy ciężar i ostatecznie zechce się przytulić krusząc cały swój ból. Ja mam tak samo, ale wiem, że gdy się wykrzyczę, czy wypłaczę, to zrzucę z siebie kolce jeża i pozwolę się ukoić. Czasem to ukojenie przychodzi samo, ze mnie. Czasem potrzebuję kogoś, kto pomoże mi się odnaleźć i wyciszyć. To jest okropnie ciężkie. I gdyby mi ktoś powiedział kiedyś, że opieka nad dzieckiem wyjątkowo wrażliwym, jest ogromnym wyzwaniem, to pomyślałabym, że przesadza. Nic nie może być takie trudne. Ale rzeczywistość jest jaka jest. I jeśli dotychczas w życiu zmagałam się z różnymi cięższymi bardziej lub mniej doświadczeniami, to niemal czteroletnia przygoda w byciu mamą wysoko wrażliwej dziewczynki nauczyła mnie najwięcej. Zarówno pod kątem merytorycznym – jeśli chcesz dziecku pomóc to musisz się edukować, ale nauczyło mnie też pokory. Żadne książki i mądrości nie dadzą więcej niż czas i kursy live, 24/7 z dzieckiem.

Mogę narzekać, mogę płakać, mogę martwić się czy nie będzie zbyt delikatna, czy życie nie przeczołga jej gdy wyfrunie z domu. Zawsze będę się zastanawiać, czy właśnie nie przeżywa w głowie największej bitwy, nie cierpi. Bo jest wyjątkowo wrażliwa. Ale z tym idzie w parze jedna cudowna cecha. Ona potrafi pięknie czytać emocje. Rozszyfrowuje mnie. Ja wychodzę z założenia, że nie ma złych emocji, na każde jest miejsce i czas. Nie gram przed dziećmi cyborga, który nigdy się nie złości, nie irytuje, nie cierpi czy nie płacze. Dlatego też wbrew poradnikom, czasem uronię łzę na oczach dzieci. I gdy to się zdarzyło, młoda podeszła do mnie, przytuliła się, i powiedziała, że jest tu ze mną i przytula mnie, żebym już jutro obudziła się wesoła. Dla niej to jest takie proste. Oczywiście dodała też, że muszę się od nowa pomalować, bo oczy mi spłynęły 🙂 Wrażliwa, ale praktyczna. Mała kobietka.

Dlatego drogi Rodzicu Wrażliwego Dziecka. Dasz radę. Wytrwasz. Dla tych kilku drobnych momentów. Masz pod skrzydłami emocjonalną galaktykę. Ona już jest uporządkowana i doskonała, tylko pozwól jej lśnić swoim światłem. Nieodbitym.

Miłość idealna

Zewsząd trąbią, że nie istnieje, że tylko za siedmioma górami, lasami czy morzami. Że tylko w bajkach ten książę na białym rumaku, a w życiu, to co najwyżej czerwony fiat 126p. Jako niepoprawna romantyczka codziennie usiłuję nie zgadzać się z tym twierdzeniem. No bo jak to tak? Życie bez miłości idealnej? Po co? Ja się pytam? Po co? Czo ten Romejo i czo ta Dżulia?

Co do poezji i literatury, to frunę ostatnio niesiona słowami Osieckiej i Przybory, Poświatowskiej i Iwaszkiewicza. Dla osób niezainteresowanych tematyką powiem tylko, że dla mnie to mistrzowie operowania słowem, a już w kwestii relacyjnych niuansów i sposobu adorowania drugiej osoby – majstersztyk. I tak lawiruję sobie na wysokości lamperii, rozmyślam o tych wszystkich pięknych słowach, jakie spłodziły ich mądre głowy. Jaka to miłość cudna, prosta i oczywista. Jak to wystarczy pisać do siebie o głębokiej tęsknocie, ubierając ją w pióropusz pięknych wzniosłych słów. Nie mogę im tego odmówić, bo sposób w jaki przekazują swoje uczucia i tęsknotę – nie do podrobienia. Porusza do samych trzewi, i jak dla mnie – trzeba być emocjonalnym pantofelkiem, żeby nie zatrzymać się nad tym chociaż na moment. Ale wracając do sedna – rozanielona, frunę po tych wszystkich wersach i oczywiście, jako że żyję tu i teraz, w roku AD 2021, w głowie snuję już jaką tu petardę wystosować do małżonka. Czemuż, ale to czemuż, mój Luby, nie raczysz mnie takimi słowami? Czemu wraz z pierwszymi promieniami słońca nie recytujesz do mnie emocjonalnego poematu, zostawiając mój jakże chłonny o poranku umysł – pełen zadumy i płomiennego uczucia?

I tu z pomocą przychodzi jak zawsze niezawodna, trywialna codzienność – Luby mój nie budzi mnie rano słowami wiersza, bo budzą nas nie mniej śpiewne i twórcze pojękiwania naszych pacholąt z pokoju obok. Wiecie co jest dla mnie wtedy poezją? Jak on mówi „Poleż jeszcze, ja do nich pójdę”. Niezłe, co?

Poza tym, umysł mój o poranku potrzebuje ni mniej, ni więcej, a dobrej kawy, a nie dwunastozgłoskowca albo innego białego rymu. Jeśli o biel chodzi, to tak – mleko w kawie. Jeśli o słodycz, to kawa z cukrem. Prosto i pięknie.

Ale nie odpuszczam, bohema w sercu zobowiązuje. Więc dalej drążę dziurę w brzuchu i czekam, aż usłyszę jakikolwiek przejaw romantycznej twórczości w swoją stronę. O miłości, trosce i pożądaniu. A jedyne co słyszę wychodząc z domu, to „Jedź bezpiecznie” albo dostaję do pracy wcale nie romantyczny pojemnik wypełniony moim ulubionym pesto. Albo pytanie, co chciałabym obejrzeć wieczorem.

Ale mi romantyzm…pfff.

Już chyba wiecie, o co mi chodzi 🙂

Niektórzy z nas, w tym przyznam się szczerze – ja – mają tendencję do idealizowania, wygórowanych oczekiwań, malowania rzeczywistości swoimi farbami i oczekiwania, że świat i ludzie będą grać wedle naszej partytury. A jeżeli o miłość chodzi – Panie, tylko ta idealna!

Rzecz w tym, że ta idealna miłość w naszej rzeczywistości, to właśnie to, że się troszczymy, życzymy komuś codziennie bezpiecznej drogi, w progu podamy czapkę, czy zajmiemy się dziećmi, żeby druga osoba mogła odpocząć. To zrobienie pysznej kawki, albo wspólny film.  To pomoc i wsparcie w tym, czego nie umiemy, zatankowanie jej auta, żeby nie musiała marznąć na stacji, rozmasowanie zmęczonych ramion i długi przytulas.

Nikt nie lubi rutyny, każdy się przed nią broni wyobrażając sobie idealny związek jako wieczną sielankę, przeplataną tylko pięknymi zdaniami szeptanymi prosto do ucha, na zmianę z nieustającym, upojnym seksem. No hellou! Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto czasem nie zasiedzi się przy konsoli, albo ta, której nigdy akurat nie bolała głowa 😉

Bądźmy sobie romantykami. Wierzmy w piękno i prostotę emocji. Ale nie zapominajmy, że codzienność to nie liryka, a częściej jednak epika, albo nawet dramat. I w tej rzeczywistości statystycznie częściej przychodzi nam zmagać się z bałaganem w kuchni, niż „romantyczną tęsknotą za kimś, kto zostawił Warszawę pełną tylko swojej nieobecności”.

Cheers! Kochani. Niech Wam się ten codzienny romantyzm przytrafia częściej.

*Parafraza fragmentu listu A.Osieckiej do J.Przybory.

Photo by Kaboompics .com on Pexels.com

20 miesięcy i nie chodzi.

A niunia już siedzi? A stoi? A chodzi? Te pytania spędzały mi sen z powiek. I zapewne to uczucie towarzyszyło wielu z Was. Zwłaszcza tym, których znaczenie takich zwrotów jak „siatki centylowe, skoki rozwojowe, kamienie milowe” przyprawiają o ciarki. Wszystkie te metryki mają umieścić nasze dziecko w jakimś punkcie na drodze rozwoju. Czy możemy już odhaczyć kolejną umiejętność, czy też nie.

To będzie wpis z serii auto-terapia dla rodzica. Czyli moja osobista relacja z pola bitwy, jakim jest rozwój motoryczny małego człowieka od urodzenia do drugiego roku życia. Postaram się przybliżyć Wam ścieżkę rozwojową młodszej córki, więc pozwolę sobie nakreślić ogólne tło wydarzeń, by łatwiej było zauważyć pewne zależności i moje matczyne niepokoje.

Natalka urodziła się o czasie, poprzez planowane cesarskie cięcie. Nie uzyskała początkowo 10 punktów Apgar, ponieważ miała przejściowe problemy adaptacyjne z oddechem. Co często zdarza się u dzieci „cesarkowych”, natomiast mnie przyprawiło o kilka siwych włosów więcej już na samym początku naszej wspólnej drogi. Pierwsze tygodnie to była sielanka, jakiej nie poznałam ze starszą córką – Natali spała pięknie, jadła ponadprzeciętnie i generalnie była uciechą dla całej rodziny. Poza jednym małym aspektem. Przez to, że była taka spokojna i dużo spała – nie osiągała tych przysłowiowych rozwojowych kamieni milowych o czasie. Później nauczyła się trzymać samodzielnie głowę. Później niż jej rówieśnicy zaczęła przekręcać się z brzucha na plecy i odwrotnie. Później nauczyła się siadać, stać czy czworakować. I to nie tak, że mnie to niepokoiło. Jak przeciętną matkę-wariatkę, ale już jakby nie było, drugiego dziecka, spędzałam godziny na szukaniu odpowiedzi i źródeł opóźnienia u młodej. Nauczona doświadczeniem, pierwsze pytania kierowałam do lekarzy podczas badań kontrolnych. I niestety – co przyczyniło się do uśpienia mojej czujności – zawsze słyszałam „Wszystko jest OK, jeszcze ma czas”. A czas skończył się w wieku mistycznych 18 miesięcy, inaczej 1,5 roku dziecka, kiedy to młoda powinna już postawić pierwsze kroki, ale to nie nastąpiło.

Jej umiejętność stania czy przemieszczania się przy meblach też pozostawiała wiele do życzenia. Stawiała stopy zrotowane bardzo na zewnątrz, o czym wspominałam na konsultacjach nie raz i nie dwa.

Miesiąc przed magicznym wiekiem 18 miesięcy byliśmy konsultowani przez kilku specjalistów, m.in. ortopedę i fizjoterapeutę. Niestety nie trafiłam na zbyt poświęconych swojemu powołaniu lekarzy. Nadal słyszałam „wszystko jest OK”. Upatrywano powodów tego opóźnienia w tym, że może doznała jakiegoś mikro niedotlenienia okołoporodowego. Zaś neurologicznie nie wykazywała żadnych znamion uszkodzenia struktur mózgowych. Lekarze wskazywali też na jej gabaryty (duża waga urodzeniowa, zawsze wysoki centyl wszystkich możliwych wymiarów) i niskie napięcie mięśniowe oraz wiotkość stawów. Ale w dalszym ciągu słyszałam „wyjdzie z tego, ma jeszcze czas”.

Natali ma dziś już ponad 20 miesięcy, potrafi sama stać, nadal jednak sama nie chodzi, chociaż dziś zrobiła kilka samodzielnych, chwiejnych pierwszych kroków. Dla mnie czas się zatrzymał i jestem z niej ogromnie dumna. Ale to by się nie wydarzyło, gdybyśmy finalnie nie trafiły pod opiekę fantastycznej fizjoterapeutki, która uspokoiła wszelkie moje matczyne wyrzuty i lęki o jej zdrowie i rozwój. Młoda faktycznie ma delikatnie opóźniony rozwój ruchowy, ale nie jest to związane z żadną ciężką wadą, jedynie zespół czynników, które nie zostały wyłapane na czas i pomoc nie została jej udzielona odpowiednio wcześnie.

Mam oczywiście trochę żal do siebie o to, że niewystarczająco drążyłam temat i nie naciskałam na odpowiednią diagnostykę. Z drugiej strony jestem zła, że pomimo dobijania się od drzwi do drzwi, nikt nam odpowiednio wcześnie nie pomógł, i byliśmy odsyłani za każdym razem z komentarzem „jeszcze ma czas”.

Możecie się śmiać, możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale jest coś takiego jak matczyna intuicja. I teraz wiem, że trzeba jej częściej słuchać. Ja próbowałam ją w sobie wyciszyć, ponieważ wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że nie mam racji, jestem w błędzie i robię problem tam gdzie go nie ma. Dopiero gdy młoda skończyła 1,5 roku lekarze zaczęli pytać „dlaczego nie zgłosiliście się wcześniej?”. Serio? Serio – nie zgłosiliśmy się? Byłyśmy tu! Waliłyśmy drzwiami i oknami, by ktoś się zainteresował. Ale nasz cudowny system opieki zdrowotnej działa tak, że wszystko, co jest zgodne z tabelką czy siatką centylową – jest OK, a spróbuj tylko trochę się wykruszyć, to już traktują Cię jak chorego (w tym przypadku dziecko), a z matki/opiekuna osobę niekompetentną i niewystarczająco troszczącą się o dziecko. Dodajmy, że siatki centylowe i umowne kamienie milowe to tylko średnia. Uśredniony wiek, w jakim dzieci powinny opanować konkretną umiejętność.

Ostatnie miesiące to był ciężki czas, nerwy i dużo moich wątpliwości związanych z rozwojem Natalii. Czas pokazał, że upór i determinacja w końcu przyniosły efekt, i gdybyśmy wcześniej trafili pod opiekę kompetentnego fizjoterapeuty – może udałoby się wyprostować wszystko wcześniej. Natomiast gdybanie już nic nie da. Cieszymy się z tego co jest i staramy się rehabilitować małą możliwymi, dostępnymi sposobami.

Dodam tutaj jeszcze jedną rzecz, w którą ślepo wierzyłam, a jednak okazała się nie do końca prawdą. Od zawsze wszyscy wkoło przekonywali mnie, że dziecko dla zdrowego i harmonijnego rozwoju powinno jak najwięcej hasać bosą stópką. I sama zapewniałam dziewczynom głównie taką stymulację stopy, wierząc, że jest to jedyna droga do zdrowego rozwoju. Jednak to nieprawda. Bosa stópka owszem – u ZDROWYCH dzieci. Natomiast jeżeli dziecko ma zdiagnozowane jakiekolwiek wady strukturalne, anatomiczne czy motoryczne zwłaszcza kolan czy stawów skokowych – prawdopodobnie najbezpieczniejsze będzie delikatne usztywnienie kostki odpowiednim obuwiem, by pozwolić stopie uzyskać właściwą powierzchnię podparcia i umożliwić na dalszych etapach prawidłowy wzorzec ruchu i chodu. Oczywiście takich decyzji nigdy nie podejmujemy sami, by nie zrobić dziecku krzywdy i nie zaburzyć prawidłowego rozwoju.

Chcę Wam tylko powiedzieć, byście bardziej wierzyli w siebie, traktowali swoje lęki o zdrowie dzieci z należytą powagą, starannie przyglądali się maluchom i nie dali w sobie uśpić czujności i instynktu. Oczywiście nie mówię tu o bieganiu do szpitala z każdym katarem, bo jak wiadomo – większość naszych obaw nie ma pokrycia w rzeczywistości i okazują się najczęściej błahostką. Lepiej jednak zapytać jeden raz za dużo, niż za mało i mieć wyrzuty sumienia z powodu zaniedbania jakiegoś tematu. Trzymajcie się ciepło i uwierzcie w potencjał swoich dzieci. Są wyjątkowe i potrzebują jedynie naszego właściwego wsparcia i miłości.

Mąż mi nie pomaga w domu!

Nieodległy czas i nieodległe miejsce. Samiec z lubością obraca w palcach solonego krakersa popijając zimnym piwkiem. Leniwie i z rzewnym spojrzeniem delikatnie muska palcami drugiej ręki wymęczone już, i nadgryzione zębem czasu…przyciski na pilocie. Samica zaś w odosobnieniu, w innym pomieszczeniu bezpiecznej lepianki, w pocie czoła przygotowuje strawę dla całej familii, sprząta, pierze, tańczy, zabawia. Istny cyborg. Toż to robot, nie kobieta. Czytała Krystyna Czubówna.

I tak to, Moi Mili, wygląda w wielu domach obecnie, w tym wcale nieodległym czasie i miejscu. Może u sąsiada, a może u Was. Automatycznie nasuwa się współczucie dla tej biednej, uciemiężonej, urobionej po same łokcie kobiety. Przecież Pan Domu, głowa rodziny, zarobił (albo i nie), trochę zielonych, więc należy się Wać Panu spokój i odpoczynek. Poza tym, na pewno nie umiałby ugotować, posprzątać czy zająć się dziećmi tak dobrze jak kobieta… Brzmi znajomo?

Dodatkowo przyjęło się, że obowiązki domowe spoczywają na kobiecie. Ale gdzie tam, Pańciu, jakieś dziękuję za tę ciężką robotę. Za to jeśli szanowny Pan zdobędzie się na odwagę i bezpośrednie starcie z mopem, czy odkurzaczem to alleluja. Pieśni chwalebne to chyba sam Jaskier będzie pisał.

I ja niestety nie mam współczucia dla tej kobiety. Przykro mi. Wzięłaś na siebie to wszystko, to teraz masz swoją orkę i płacz. Jegomość Pan, głowa rodziny, pozwalał sobie na komentarze o swoich dwóch lewych rękach, to teraz odcina kupony. I tymi dwiema lewymi rączkami wcina krakersy, popija piwko i klepie się po brzuchu, kiedy Ty – wcale nie-biedna kobieto – zasuwasz w kuchni do utraty tchu. Tudzież do porzygu, bo ileż można.

Wiele z nas, kobiet sobie to robi. Wierzymy, że w pracach domowych jesteśmy niezastąpione, potrafimy robić kilka rzeczy na raz, i zawsze wszystko jest na tip-top. I jak ten chłopaczyna, konkubent czy też mąż raz nastawi pranie, pomiesza kolory czy zamiast do pralki, wrzuci do suszarki, to od razu jedziemy po nim jak po łysej kobyłce, i biedak traci zapał. A my cierpliwość. Przecież finalnie i tak wiadomo, ze zrobimy wszystko lepiej i szybciej. Ale bez urazy, Panowie. Obsługa pralki, zmywarki, czy odkurzacza to nie jest rocket science. Większość z Was łapie to w lot! Co do tematów mniej technicznych, wymagających innej wiedzy tajemnej, jak np. zmiana pieluch czy nakarmienie latorośli, to widzę to tak: Pan wiedział JAK zrobić, a teraz już nie wie CO z tym berbeciem zrobić? Halo, halo. To chyba tak nie działa!

Przykład anegdotyczny. W rozmowie z przyjacielem, żalę się pewnego razu, że do pracy się zabrać nie mogę, myśli rozbiegane, wkurw czai się za rogiem i ogarnąć kuchnie muszę, bo w takim rozgardiaszu pracy nie zdzierżę. I chcąc nie chcąc, jęczę, że małżowi memu, taki stan rzeczy zdaje się nie przeszkadzać. Oczywiście oczekując współczucia i podziału smutku, czytam odpowiedź. „Agata, ale to jest Twój problem, nie jego”. Eureka! Problem jakby mój, ale syf już wspólny. Więc po krótkiej naradzie z małżonkiem, vel. współwłaścicielem lokum, kuchnie ogarnęliśmy raz dwa. Mi się lepiej pracowało, małżowi nie zrobiło to różnicy, ale każdy kto kiedyś mieszkał z kobietą, wie, że wszystkim żyje się lepiej gdy owa jest zadowolona. Prawda oczywista. Win, win.

Czasem w rozmowie ktoś mnie zapyta „To pomaga Ci ten mąż coś w domu?” No nie. Nie pomaga, bo odkąd pamiętam dom mamy wspólny, dzieci też.  O ile każde z nas ma swoją działkę, w którą jedno drugiemu się nie miesza, o tyle kwestie utrzymania porządku, gotowania, czy zajmowania się dziećmi – to są sprawy wspólne, które każde z nas potrafi robić. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała, że niektóre rzeczy robię lepiej (Daaa!), ale z upływem lat akceptuję już tę niedoskonałość w wykonaniu mojego niepedantycznego partnera 🙂 Ja mogę sobie ustawiać przyprawy etykietkami do przodu, a co! Natomiast on jest normalny i nie musi! Ale dopóki przyprawy są w szufladzie w kuchni, a nie w garażu to problemu nie ma. Pampersa dziecku też zmieni, a jak trzeba to nawet dziewczynom uczesze kucyka. Może czasem pójdą do przedszkola w ciuchach z innej epoki, ale dopóki zimą nie chodzą w sandałach i krótkich spodenkach to nie ma dramatu.

Miałam też przez pewien czas taki nawyk, że wychodząc z domu bez dzieci, co jakiś czas przychodziła mi do głowy myśl „Omójborze szumiący, a jak on zapomni dać jej podwieczorek?!? A jak będą zmęczone, a on ich nie położy spać…” itd. I wtedy mnie olśniło. Przecież on też je kocha i chce dla nich najlepiej. Co z tego, że czasem zjedzą parówki na kolacje albo pójdą chwilę później spać. W sukienkach zamiast piżamy. Naprawdę. Co z tego?

Przecież gdy to on idzie w balet lub inne miejsce uskuteczniać zacieśnianie więzi społecznych, to nie zastanawia się czy ja w tym czasie zmieniłam młodej pieluchę, czy była na spacerze albo czy ma katar. Mężczyźni potrafią oddzielać role jakie pełnią w życiu. I to jest zdrowe. A my kobiety, zwłaszcza matki, mamy z tym czasem ogromny problem. Matka przede wszystkim, a cała reszta gdzieś na szarym końcu. A chodzi właśnie o to, by czasem zrzucić to z barków. Panowie są nie mniej zdolni i ogarnięci w kwestiach zajmowania się domem czy dziećmi, niż my. A przecież poza domem też jest życie! Serio, serio. Są ciekawi ludzie, sztuka, hobby, podróże (tak tak, covid srovid, kiedyś będzie normalnie). Każdy ma takie samo prawo i przywilej do korzystania z życia. Jeśli nie chcesz, to siedź w domu, ale nie miej pretensji, że wszystko bierzesz na siebie. A Panowie czasem mogą trochę bardziej proaktywnie podejść do tematu. Zechcieć wprosić się w tajemny świat mycia garów, czy  układania ciuchów w szafkach.

Wiem, że antropologicznie i psychologicznie to kobieta jest strażniczką domowego ogniska i zawsze w głębi serca będzie się martwić o dom i rodzinę. Choćby sobie wmawiała, ze jest inaczej, i że taka wyemancypowana, że hoho. A ja, jako zagorzała przeciwniczka patriarchatu, chcę Wam powiedzieć, że nasi mężczyźni, naprawdę potrafią wiele. Tylko trzeba im pozwolić. Niech popełniają błędy. A wtedy my możemy usiąść z tym Prosecco i wreszcie pozwolić, by odpowiedzialność podzieliła się na dwa. Doceń się, kobieto. I doceń swojego faceta. I daj się docenić.

Cheers!

Photo by cottonbro on Pexels.com